18 lat
186 cm
naczelny chlor
Ronald Weasley
Awatar użytkownika
opis
Jak pod prąd płynąłem, wiele mnie spotkało ale jeszcze nic nie zabiło

020
Rozstanie z Wendy, niezależnie od tego jak mocno Ronald nie chciał go przeżywać, pozostawiło trwały uszczerbek na jego zdrowiu psychicznym, choć te już i tak kulało. Pierwsze etapy rozstania jawiły się w jasnych, barwach. Miały kolor jego ukochanego mefedronu, z którym nie rozstawał się do tego stopnia, że czasem ta codzienność w białych kolorach barwiła się na czerwono, gdy musiał powstrzymywać lejąca się z nosa krew, przeklinając wszystko, tylko nie własną głupotę. Był szczęśliwy, bo po długim czasie oglądania się przez ramię, by gniewne spojrzenie Wendy nie dosięgnęło jego rozbieganych oczu, łamiących tą jedną obietnicę, był wolny.
Kolejny etap, kiedy zaczął tak naprawdę tęsknić za Wendy, złamał mu serce na nowo i żaden wciągany do nosa towar nie mógł sprawić, by poczuł się lepiej. Minęły może dwa tygodnie, w czasie których zamroczony umysł Ronalda przyjął już tyle narkotyku, że trwał w dziwnym zawieszeniu. Mógł siedzieć godzinami odziany jedynie w bluzę z kapturem, dresy, skiety i domowe cichobiegi na ganku swojego rodzinnego, pustego już domu, popalając papierosa za papierosem. Miał wrażenie, że siwy dym, który wydobywał się z jego ust zamarzał w połowie drogi do rozmycia się w bezkresnej, nocnej ciemności, kiedy czekał niewiadomo na co, a może na kogo.
Czasem tylko wyciągał z kieszeni telefon, wpatrując się zmrużonymi powiekami w popękany ekran, którego sam roztrzaskał w przypływie nagłego, niezrozumiałego gniewu, próbując odczytać nieistniejące wiadomości od Wendy. Wpatrywał się w nazwę kontaktu, dopóki literki nie zaczęły zlewać się w jedną całość, kwestionował cały ich związek i czekał cierpliwie, aż wyrosną mu jaja, by mógł przeprosić swoją byłą dziewczynę. Słowo przepraszam wydawało się jednak puste, bo zgliszcza ich relacji mógł odbudować tylko gest. Ten, na którego Ronald w całym tym swoim dziwnym zawieszeniu nie mógł się zdobyć.
Święta minęły w żałosnej atmosferze prób wykrzesania przed Charlesa jakiegokolwiek miłosierdzia względem Ronalda. We dwójkę siedzieli przy wielkim stole, z dwoma misami pełnymi żarcia, a Ronald dłubał widelcem w talerzu i ignorował starego, który usiłował udawać, choć w ten jeden dzień, że byli normalną rodziną. Pozostałe krzesła były puste. Nie było Zoe, która przechwalałaby się swoimi wypiekami, nie było też pozostałych braci Ronalda, którzy sprawiali, że nawet kiedy nad jego głową wisiały czarne chmury to na twarzy jawił się szeroki uśmiech, bo nie był sam.
Ale nie tym razem, bo tym razem naprawdę był sam i coraz częściej przypominał sobie w tym zawieszeniu, że nie miał już nikogo. Wysłanie świątecznych życzeń do Wendy nie kosztowało go wiele, jednak i tego Ronald nie zrobił, bo nie był przecież żałosnym frajerem. Stosy pustych woreczków strunowych piętrzyły się na jego biurku i walały niemal po całym pokoju, by w takiej właśnie scenerii Ronald Weasley otworzył swoje wielkie oczy sylwestrowego poranka. Choć wcale nie spał, a jedynie czuwał, rozmyślając nad sensem całej swojej egzystencji przez całą noc.
Narkotyki zdawały się być jedyną rzeczą, na której nigdy się nie zawiódł. Zawsze napawały go radością, jednak tej zaczęło brakować, kiedy stracił swoją siostrę i najlepszą przyjaciółkę, a później dziewczynę, którą naprawdę kochał i Ronald powoli zaczynał rozumieć, że Wendy być może nie była tą z którą powinien był się rozstawać. Być może tą właściwą była jego druga miłość i najwspanialsza kochanka.
Z namysłem wpatrywał się w zawarty woreczek strunowy, siedząc na łóżku już kolejną godzinę. Obracał go między spoconymi palcami, czując, jak serce bije mu w klatce w szaleńczym tempie, a pusty od kilkunastu godzin żołądek ściska się nieprzyjemnie. Wreszcie, pragnienie rozerwania woreczka i wsypania sobie całej jego zawartości do gęby było tak niepowstrzymane, że Ronald w nagłym przypływie samokontroli wyrzucił go za okno, a sam podniósł się niechętnie z łóżka, by na ganku spalić blanta. Wydawało mu się, że to choć na chwilę powstrzyma burzę, która zaczynała szaleć w jego organizmie.
Od rozstania z Wendy zażywanie narkotyków nie było już tylko przyjemną odskocznią od myślenia o poważnym życiu. Ronald właściwie walił kreski z częstotliwością co dwie godziny, a w jego żyłach płynął już mefedron i tylko trochę krwi. Był jak narkoman i jego ciało boleśnie mu to uświadomiło, kiedy po zajściu słońca nie mógł już powstrzymać jego dygotania. Leżał skulony na łóżku w pozycji embrionalnej, nachylając się tylko po to, by przez kolejny kwadrans wydawać z siebie odgłosy krztuszącego się sierścią kota. Pocił się jak świnia, płakał, a kiedy nie miał już czym wymiotować, wtedy po raz pierwszy w jego głowie wykiełkowała myśl, że może już umierał.
Trzęsąca się ręką chwycił więc za telefon i w przypływie nagłej odwagi wystukał numer, który od wpatrywania się w ten nieszczęsny telefon znał już na pamięć. Sygnały połączenia urywały się jeden za drugim, jednak Ronald nie poddawał się przez kolejny kwadrans, a kiedy Wendy w końcu odebrała, chyba tylko po to, by go zjebać, Ronald nie dał jej dojść nawet do słowa.
-Jesteś w końcu- wychrypiał tylko, pociągając nosem -Zanim się rozłączysz, to musisz wiedzieć księżniczko, że chyba właśnie umieram- wymamrotał słabym głosem i przez zaciśnięte zęby, walcząc z kolejnym odruchem wymiotnym, by Wendy nie musiała słuchać jak żałosny był. Przegrał jednak tą nierówną walkę i nachylił się znów nad miską, nim po raz kolejny przyłożył telefon do ucha.
-Dzwonie żeby ci powiedzieć tylko, że nie uważam wcale, że jesteś suką- palnął tylko, choć tak naprawdę sam nie wiedział jaki ta rozmowa miała sens. Czuł tylko niepowstrzymaną chęć porozmawiania z Wendy i przez tą chwilę, kiedy mógł do niej mówić, poczuł się nawet odrobinę lepiej.

Wendy Murdock
18 lat
168 cm
studiuje taniec, sieje chaos
Wendy Murdock
Awatar użytkownika
opis
Don't call me "kid," don't call me "baby"
Look at this idiotic fool that you made me

U Wendy wszystko było w jak najlepszym porządku. Od momentu, gdy tamtego wieczoru jej mokre od łez policzki w końcu wyschły, a ona bez słowa zamknęła się w swoim pokoju, wszystko było idealnie. Bo Wendy postanowiła zapomnieć o wszystkim, co ją spotkało, a co wiązało się z Ronaldem. Postanowiła nie pamiętać żadnej z tych chwil, w których u jego boku czuła się najszczęśliwiej, ani tych, w których doprowadzał ją na skraj wytrzymałości, uznając, że Ronald Weasley nie był już jej problemem, ani zmartwieniem, ani nie zasługiwał na to, by chociaż przez moment przemknąć jej przez myśl, bo przepłakała dla niego zbyt wiele nocy, a on wyraźnie nie widział, jak ogromnym to było dla niej poświęceniem. Dobrze jednak wiedziała, że łatwiej było pomyśleć, aniżeli zrobić, bo przecież nadal jej zależało, nadal nie zablokowała jego numeru i nadal w chwilach słabości wracała do tamtego wieczoru, gdy po raz pierwszy tańczyli w deszczu na środku ulicy, bo pragnęła z całych sił znów się tam pojawić i wyjaśnić młodszej sobie, że ten chłopiec złamie jej serce. Żeby uciekała jak najdalej i jak najszybciej, żeby uczyła się i nie zwracała na niego uwagi, ani na żadne dziwne smsy. Żeby tańczyła, ale sama, żeby aplikowała na dawno wymarzoną uczelnię i żeby pozostawiła całą tę dziurę i wszystkich jej mieszkańców dawno za sobą, bo nie skończyłoby się to dla niej dobrze. Chociaż dobrze wiedziała, że zamiast tego po prostu stałaby z boku i oglądała to wszystko, ze łzami w oczach patrząc na ulotną chwilę, gdy była prawdziwie szczęśliwa i beztroska, wpatrując się błyszczącymi z radości oczami na chłopca, który już wtedy skradł jej serce, choć jeszcze tego nie wiedziała. A potem zniknęłaby w ciemności, nie zwracając na siebie uwagi i pozwalając dawnej sobie trwać w tamtej szczęśliwej chwili, zatrzymując ją w zapętleniu, by ona nigdy nie doświadczyła złamanego serca.
Przestała wracać do domu na weekendy, zostając w akademiku i tylko dręcząc Jake'a wiadomościami, żeby ten doglądał Wilsona. Bo nie widziała sensu w powrocie, gdy nie miała już osoby, dla której pojawiała się wciąż w Sapphire Creek, nie potrafiąc zostawić zabitego dechami miasteczka za sobą. Mogłoby się wydawać, że każdą wolną chwilę poza zajęciami i wyjściami z przyjaciółmi na miasto spędzała na sali treningowej, dając z siebie więcej, niż powinna, bo tylko uczucie wycieńczenia pozwalało jej zdusić ochotę na to, by usiąść i się rozpłakać. Chociaż i to nie zawsze zdawało egzamin, bo bywały dni, gdy w połowie ćwiczenia łapała ze sobą kontakt wzrokowy w lustrze i widząc, jak samotna i żałosna była, stojąc w pojedynkę na środku parkietu, składała się jak domek z kart tam, gdzie stała i po prostu płakała, bo w końcu ktoś dał radę pokonać niezniszczalną Wendy Murdock i była nią ona sama.
Przyjechała dopiero na święta, nie mogąc odpuścić rodzinnej kolacji, na której mogłaby doprowadzić Victorię na skraj załamania psychicznego, bo granie na nerwach innych sprawiało, że jej własne się uspokajały. Finalnie pokłóciła się z ciotką, ale wyszła z domu wujka zanim reszta tych starszych dorosłych mogłaby jej coś powiedzieć, ciągnąc za sobą brata, bo tylko on był jedyną osobą pozostałą w miasteczku, która w jakiś sposób go rozumiała i która bez słowa zgodziła się na nocne szlajanie opustoszałymi uliczkami. Chociaż umysł Wendy przypominał jej bolesne wspomnienia, kiedy tymi samymi drogami przechadzała się z Ronaldem, nie bacząc na to, że było późno, zimno, a kolejnego dnia czekały ich lekcje z samego rana.
Początkowo chciała wrócić na sylwestra do Heleny, ale wystarczyło jedno zaproszenie od znajomej z liceum, by zmieniła plany, decydując się na to, by jednak bawić się na imprezie i może w ten sposób choć na moment spróbować o wszystkim zapomnieć. Jej najładniejsza sukienka, tamta sukienka leżała na dnie garderoby, a Wendy skrupulatnie unikała jej wzrokiem, decydując się na coś innego. Coś, co nie przypominałoby jej o ostatniej imprezie, na której była i po której złamała sobie serce. Od razu rzuciła się w wir zabawy, nic więc dziwnego, że przez długi czas ignorowała dzwoniący w torebce telefon, jednak gdy dzwonek znów ledwo co przebił się przez dudniącą dookoła muzykę, w końcu wyjęła komórkę, ale widząc, kto próbował się do niej dodzwonić, tylko prychnęła pod nosem i schowała ją znowu do torebki, schodząc na chwilę z parkietu, by znaleźć coś do picia. Dźwięk dzwonka w końcu ucichł, by za moment znów wybrzmieć, a podirytowana tym wszystkim Wendy wyszła na taras, chcąc w spokoju odebrać i opierdolić byłego chłopaka o to, że zawracał jej dupę i psuł całkiem przyjemny wieczór, choć to chyba było w jego zwyczaju.
Nie zdążyła jednak się odezwać, zamiast tego zamierając ze wzrokiem wpatrzonym w daleki punkt ogrodu.
W pierwszym odruchu chciała mu powiedzieć, że naprawdę chuj ją to obchodzi, bo nie był już jej problemem i żeby zostawił ją w spokoju. Nie odezwała się jednak ani słowem, ale też nie cisnęła telefonem gdzieś przed siebie, bo dobrze wiedziała, że nie była w stanie tego zrobić. Przez Ronalda Wendy była taką, jaką zawsze bała się, że się stanie — Wendy była słaba.
Niepokojące dźwięki ze słuchawki sprawiły, że zapomniała o dziejącej się za jej plecami imprezie i w beznadziejnej próbie zwrócenia na siebie uwagi byłego chłopaka, z desperacją powtarzała jego imię, zastanawiając się, czy w ogóle ją słyszał, czy może było już za późno. Czy może już bezpowrotnie straciła swojego Ronalda, tego samego, którego odtrąciła i próbowała wyrzucić ze swojego życia, a który okazał się być permanentnie w nim zakorzeniony. Bo widziała go we wszystkim, zupełnie jakby nawiedzał każdy moment jej codziennego życia.
- Ron?? Ron nie rozłączaj się. - Zażądała, wracając do środka i zaczęła rozglądać się po zebranych, starając się znaleźć tę znajomą, która miała nie pić i odwieźć je do swojego domu. Udało jej się ją namierzyć i bez słowa złapała ją za nadgarstek, ciągnąc do pokoju, w którym leżały ich kurtki. - Jesteś tam? - Zapytała do telefonu, gestem ręki pokazując Annie, by ta się ubierała, bo nie miały czasu. Dziewczyna chyba zrozumiała jej przekaz, a może przez to, że Wendy zachowywała się dość niecodziennie, wydedukowała, że działo się coś złego, bo po chwili to ona ponaglała ją, żeby szybciej wyszła na dwór.- Ron, gdzie jesteś? - Ponagliła, bo przecież mógł być wszędzie i mogła mieć tylko nadzieję na to, że zaraz nie usłyszy "w jakimś rowie", bo nie była pewna, czy zdążyłyby z Annie przeszukać okolice miasteczka i znaleźć go w porę.

Ronald Weasley
18 lat
186 cm
naczelny chlor
Ronald Weasley
Awatar użytkownika
opis
Jak pod prąd płynąłem, wiele mnie spotkało ale jeszcze nic nie zabiło

Głos Wendy w pierwszej chwili do niego nie docierał. Nie zdołał przedrzeć się przez odgłosy umierania w męczarniach, które niosły się po jego pokoju i korytarzu rodzinnego domu. Były wyjątkowo donośne i Ronald nawet nie próbował się już z nimi kryć, choć w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby uznać je za alarmujące. Stary już w południe usadowił się na swoim ukochanym i wypierdzianym snopku siana, w starej stodole i obaliwszy całą butelkę nalewki zdychał w pijackim upojeniu.
Nawoływanie Wendy było poza zasięgiem jego świadomości, kiedy z całych sił próbował nie zwrócić do miski wszystkich swoich wnętrzności, a telefon bezwiednie osunął się po poduszce, odrywając się na moment od bordowego z wysiłku ucha. Nie było mu spieszno, by przylgnąć znów do słuchawki z nadzieją, że usłyszy głos Wendy; nawet ten wkurwiony, rzucający w niego najgorszymi bluzgami i przysięgający nawet na Wilsona, że nie chce go znać. Wendy Murdock była przecież lepsza niż te laski, które życzyły swoim byłym umierania w męczarniach.
Ronald Weasley nie liczył nawet na jej nienawiść, spodziewając się, że w tej nieszczęsnej słuchawce czekał go jedynie urwany sygnał. Jednak głuchy odgłos nerwowych słów przedarł się przez ciszę, kiedy Ronald wreszcie przestał pluć do miski. Zerknął na ekran, rozmazujący się przed oczami i trzęsącymi się dłońmi przyłożył telefon do ucha.
- W domu- mruknął tylko, próbując powstrzymać drżenie głosu, jednak jego zęby bezwiednie uderzały jeden o drugi, jakby wcale nie leżał w swoim łóżku, na miękkim materacu, otulony puchatym kocem.
Ronald czuł się poniekąd tak, jakby naprawdę konał w najbardziej obrzydliwym rowie. Jakby już tylko czekał aż spośród chmur majaczących mu nad głową wyłoni się Acacia Weasley, wyciągnie rękę i weźmie go ze sobą do nieba. Resztki walczącego z narastającą paniką zdrowego rozsądku podpowiadały, że wcale nie umierał, jednak dreszcze, które targały jego ciałem zmuszały umysł do sprzeczania się z tą naturą Ronalda, która zwykle miała wszystko w dupie i z pewnością nie myślała o umieraniu, kiedy raczyła się gównem w proszku.
Był niemal pewien, że nigdy nie czuł się tak podle. Pierwszy odwyk był jedynie wymysłem ojca, który w nagłym przejawie rodzicielskiej troski, zetknięty z dnem butelki po nalewce zainteresował się tym, czego Ron roztargniony nie wytarł spod nosa. Czara goryczy przelała się, kiedy pomiędzy książkami walającymi się na biurku stary natknął się na woreczek strunowy ze śladowymi ilościami mefedronu. Wtedy, w ostatnią wiosnę, kiedy Charles Weasley posłał go na odwyk pośród lasu, żadna noc nie była tak okropna jak ta.
Trząsł się z zimna, ledwo łapiąc powietrze w ściskającej go za gardło panice, która wysysała z niego każdy oddech. Zaś kiedy nie trząsł się z zimna, to próbował wypluć żołądek do plastikowej miski leżącej na podłodze. Oblewały go zimne poty, a mokra od potu koszulka wreszcie wylądowała obok miski, choć mimo to Ronald czuł się jak sopel lodu. Jakby krople potu pokrywające każdy skrawek jego skóry były tak naprawdę kropelkami lodowatej wody z samego Atlantyku.
W każdej chwili mógł wstać, usiąść za kierownicą swojego jeepa, ignorując jak zwykle zdrowy rozsądek i pojechać po kolejny woreczek strunowy, który ukróciłby jego cierpienia, sprawił, że wszystko znów byłoby piękne, a Ronald nie musiałby się martwić o to, co mefedronowe złudzenie szczęścia wypierało zwykle z jego głowy. Delikatny głos Wendy w słuchawce przypomniał mu jednak dlaczego to robił i dlaczego to było złe. Zacisnął więc zęby i palce na telefonie, zamykając zmęczone oczy. Odchrząknął, próbując złapać krótki oddech i w końcu też ciszę przerwał jego zachrypnięty głos.
-Muszę kończyć, kocham cię -rzucił z taką lekkością, jakby żadne słowa wcześnie wypowiedziane w całym jego życiu nie były równie łatwe. Nie słuchając dziewczyny, odsunął telefon od ucha i wcisnął czerwoną słuchawkę. Sama świadomość, że został w tym cholernym pokoju całkiem sam, karmiła tą panikę, która za wszelką cenę próbowała nad nim górować. Samotność była przerażająca, jednak nikt z pewnością nie zasługiwał, by stawiać czoła temu, co Ronald Weasley z pełną świadomością sam sobie zgotował, w woreczku strunowym z białym proszkiem.
Wolał dogorywać sam, skulony na swoim łóżku w pozycji embrionalnej, odziany w przepocone już dresy z kropelkami potu na czole i licem białym jak papier.
Wendy Murdock
18 lat
168 cm
studiuje taniec, sieje chaos
Wendy Murdock
Awatar użytkownika
opis
Don't call me "kid," don't call me "baby"
Look at this idiotic fool that you made me

Ronald Weasley miał niebywałą zdolność do tego, by wyciągnąć z Wendy to, co najlepsze. Nieraz sama jego obecność potęgowała jej mordercze zapędy, a jego głupie odzywki sprawiały, że jej palce zaciskały się w pięści, a na język cisnęły się same najgorsze słowa, gdy gotowa była po raz kolejny obrazić go w niezwykle konstruktywny sposób, choć nie raz już się hamowała, pewna, że chłopak zwyczajnie by nie zrozumiał. To właśnie przy nim była tą najgroźniejszą wersją siebie, bo dobrze wiedziała, że on nie będzie jej powstrzymywać, choć i takie wyjątki się zdarzały.
Ale Ronald Weasley miał jeszcze bardziej niespotykaną zdolność do tego, by sprawiać, że gdzieś z odmętów wyłaniała się ta najgorsza, według niej, wersja Wendy. Ta niebywale delikatna i krucha, płacząca zarówno przez koszmary jak i romantyczne sceny w filmach, w jednych z nich widząc chłopaka, choć wolałaby tego nie doświadczać, a w drugich marząc, by kiedyś zachował się w ten sposób. Ta Wendy była tą, która beztrosko tańczyła z nim w deszczu i która nie powstrzymywała się od marzeń. Ta Wendy pozwalała sobie czuć coś innego, niż gniew, i to chyba była rzecz, której najbardziej w tym wszystkim nie lubiła.
Bo to przez tę wersję siebie Wendy czuła, jakby zaraz serce miało jej wyskoczyć z piersi, gdy słuchała czegoś, co faktycznie brzmiało, jakby Ron umierał. I ta wersja Wendy działała wbrew temu, co powiedziała chłopakowi na tamtej imprezie, obiecując mu, że nie będzie patrzeć, jak ten umiera, bo właśnie jechała to robić, przekonana, że Weasley wziął czegoś za dużo i od niechybnej śmierci dzieliły go zaledwie minuty.
- Co? Nie! Ron ty kretynie! - Krzyknęła spanikowana do telefonu, ale po drugiej stronie słyszała już tylko przerażającą, głuchą ciszę. - Rozłączył się. - Rzuciła w stronę Annie, kątem oka widząc, jak ta nerwowo przełyka ślinę, nie spuszczając wzroku z drogi, gdy pędziła w stronę rancza Weasleyów.
Z każda kolejną upływającą chwilą Wendy czuła coraz większe uczucie paniki i strach, że gdy w końcu znajdzie chłopaka, to dosłownie ziszczą się jej najgorsze koszmary, których zerwanie z chłopakiem wcale nie ukróciło. Wybiegła z auta, machając zbywająco na koleżankę i przebrnęła przez śnieg, dopadając do drzwi frontowych i w duchu przeklinajac jak i dziękując Ronowi, że najwyraźniej zapomniał ich zamknąć. Gdy, wyjątkowo pozbawiona swojej wyćwiczonej przez taniec gracji, wbiegała po schodach, potykając się przez pośpiech o niektóre stopnie, jedyną myślą, jaką miała, było to, by po otwarciu drzwi jego pokoju nie zastać tam tego samego widoku, który znała tak dobrze, choć nigdy tak naprawdę go nie widziała. I może to, co zastała za drzwiami wcale nie było tym pustym spojrzeniem, którego tak bardzo się obawiała, ale nadal czuła, jak Ron na nowo łamał jej serce, choć to chyba nigdy nie zdążyło się zaleczyć.
- Ron... - Niemal dobiegła do łóżka, by od razu złapać twarz chłopaka w dłonie, próbując go zmusić do tego, by na nią spojrzał. - Ron, co wziąłeś, ile tego wziąłeś? Nie zasypiaj, dzwonię po karetkę. - Zaczęła rozglądać się dookoła, ignorując stojąca obok łóżka miskę i jej zawartość, bo chciała zlokalizować woreczek, który zapewne leżał gdzieś niedaleko, a który, zapewne już pusty, mógłby się na coś przydać lekarzom. - A jak już cię przywrócą do porządku, to przysięgam, sama cię zamorduję. - Wycedziła, choć w jej głosie, zamiast typowego dla takich słów jadu, słychać było tylko desperację, bo wizja tego, że mogłaby go stracić, przerażała Wendy jak nigdy nic wcześniej.

Ronald Weasley
18 lat
186 cm
naczelny chlor
Ronald Weasley
Awatar użytkownika
opis
Jak pod prąd płynąłem, wiele mnie spotkało ale jeszcze nic nie zabiło

Ronald zaś miał wrażenie, wyjątkowo złudne, utkane z nieprzespanych nocy i chwilowego poczucia niezniszczalności, że jedyną rzeczą, która wyciągała z niego to, co najlepsze, były narkotyki. Odkąd Wendy porzuciła go na tej pamiętnej imprezie, odkąd jego samochodowe radio wylądowało w rowie przy ruchliwej ulicy, kiedy lokalna radiostacja po raz kolejny puściła piosenkę TayTay i chyba nawet jeszcze wcześniej, kiedy blondynka nadal była jego dziewczyną, a on bezwstydnie mydlił jej oczy swoimi kłamstwami, obiecując, że narkotyki miał w nosie; Choć przy tym, być może nawet największy kanciarz podarowałby Ronaldowi salwę oklasków. W końcu, jakby spojrzeć na to okiem Wendy, Ronald zapewniał, że nie obchodziły go żadne substancje podejrzane. Zaś okiem Ronaldowym, tablica Mendelejewa rzeczywiście była w jego nosie.
Ronald wątpił już, by jakakolwiek osoba w jego otoczeniu wyciągała z niego to, co najlepsze. Jego siostra wzbudzała w nim poczucie bezradności, bo nie wiedział jak jej pomóc, ni jak z nią rozmawiać, a już z pewnością nie miał bladego pojęcia jak ją przeprosić.
Ojciec wzbudzał w nim poczucie samotności, bo jego właściwie już wcale nie było.
Jedynie porobiony czuł jakąś namiastkę radości z życia.
Czuł ją też w towarzystwie Wendy, ale dziewczyna zabrała ją ze sobą, kiedy wychodziła z tej nieszczęsnej domówki. Ronald Weasley sam więc pozbawił się swojej ostatniej namiastki szczęścia, gdy wyrzucił przez okno, a świadomość, że leżała w rabatach pokrytych śniegiem świdrowała jego umysł jak natrętna mucha. Brak jakiejkolwiek samokontroli wiercił mu dziurę w brzuchu, a nogi mimowolnie chodziły, nawet w pozycji leżącej.
Nie spodziewał się, że Wendy wparuje do jego pokoju. Nie przypuszczał, że w jej sercu pozostała jakakolwiek litość do jego głupoty, jednak nie miał nawet ochoty ucieszyć się na jej widok.
Być może serce zabiło mu mocniej, przez ułamek sekundy, jednak Ronald zdążył w czasie ostatnich, długich godzin męczarni przyzwyczaić się już do jego szaleńczego kołatania.
Nie chciał by widziała go takiego; z miską wymiocin przy łóżku, spoconego, niezdolnego nawet do rozbawienia jej żadnym głupim tekstem. Opatulonego szlafrokiem, którego ostatkiem sił chwycił z wieszaka, dygoczącego, z grymasem bólu na twarzy.
Choć Wendy była jednocześnie jedyną osobą, której tak bardzo właśnie potrzebował. Zmielił więc w ustach suche Idź sobie i zamiast tego przełknął ślinę. Przymuszony spojrzał na pogrążoną w panice twarz dziewczyny, choć jego własna była zobojętniała na wszystko to, co działo się wokół. Jakby Ronald Weasley niemal już czekał na swój koniec. Nie odzywał się wcale, podążając zmęczonym spojrzeniem za oczami dziewczyny, które najwyraźniej szukały kolejnych dowodów łamanych obietnic.
-Żadnej karetki- przerwał mimowolnie, choć jego głos wcale nie brzmiał pewnie. Był zachrypnięty przez ciszę w której trwał i brunet musiał odchrząknąć, by mógł odezwać się ponownie, tym razem pewniej.
-Stary wpierdoli mnie na odwyk, słyszysz? Żadnej karetki Wendy - powtórzył z zaciśniętymi zębami. Ronald w ciągu ostatnich paru godzin myślał o odwyku wyjątkowo często i czasem wizja tego ciasnego pokoju z białymi ścianami, była niczym światełko w tunelu. Ale mimo to, kolejne miesiące w zamknięciu były zbyt okropne.
Przekonanie Wendy, że był naćpany wcale nie było zadziwiające i choć w obliczu tego, jak cierpiał, z pewnością w głównej mierze dla niej, poczuł lekką irytację, to jednak nie miał siły, by się kłócić -Nic nie brałem. Właśnie w tym rzecz Wendy, że kurwa nic nie brałem. Chociaż może powinienem - pokręcił głową z rezygnacją, opatulając się mocniej zielonym szlafrokiem.

Wendy Murdock
18 lat
168 cm
studiuje taniec, sieje chaos
Wendy Murdock
Awatar użytkownika
opis
Don't call me "kid," don't call me "baby"
Look at this idiotic fool that you made me

Cała ta miłość była, w jej opinii, całkowicie pozbawiona sensu. I zdecydowanie jej się nie podobała, bo przyczepiała się człowieka jak natrętny gówniarz, którego nie można było od siebie odtrącić nawet groźbami ukradnięcia mu kieszonkowego albo porwania pieska i oddania go na farmę, na której na pewno będzie mu się żyło lepiej niż u jego irytującego boku. Nienawiść, dla porównania, była niezwykle prostym uczuciem, który w przypadku Wendy tylko nakręcał do działania — dobrze pamiętała, jak kiedyś jakieś dziewczyny uznały, że skoro była tak patologiczna, to na pewno nic w życiu nie osiągnie. Tamtego roku zgarnęła najlepszą ocenę w klasie, tylko dlatego, że uczucie niechęci do tamtych lasek było tak silne, że chciała im pokazać, że się myliły. Miłość za to nie nakłaniała jej do tego, by robić coś więcej, by robić coś dla siebie, a wręcz przeciwnie — przez to głupie, bezsensowne uczucie, kazała znajomej pędzić na złamanie karku do byłego chłopaka, z którego nie potrafiła się wyleczyć, a który najwyraźniej konał w samotności.
Miłość do Rona sprawiała, że Wendy czuła, że ma serce, bo to łamało się kawałek po kawałku każdego dnia, od tamtej pamiętnej imprezy, choć teraz, gdy w końcu go zobaczyła, chyba pękło doszczętnie.
Nie znalazła wzrokiem żadnego woreczka i zaczęła się zastanawiać, czy ten nie wpadł gdzieś pod łóżko, albo czy przypadkiem nie znajdował gdzieś pod chłopakiem. Słysząc jednak jego słowa, przerwała swoje poszukiwania, by pełen niezrozumienia i zdenerwowania wzrok przenieść właśnie na Rona.
- Jak to żadnej karetki, pojebało cię? Wolisz kurwa umrzeć, niż iść na odwyk? - Odsunęła się od niego, zabierając dłonie z jego twarzy i wstając szybko z łóżka, bo nie mogła uwierzyć, że była aż tak głupia, by się o niego martwić i chcieć mu pomóc, kiedy przysięgła, że tego nie zrobi, kiedy on najwyraźniej swoje życie miał głęboko w dupie. - Nie powinnam była tu przychodzić. - Pokręciła głową z rezygnacją, bo skoro on nie chciał sobie pomóc, to ona nie miała zamiaru starać się za ich dwoje. Obiecała mu w końcu, że nie będzie patrzeć, jak ten umiera, bo należało mu się, by za swój skrajny idiotyzm cierpiał w samotności, ale przez moment zwątpiła w to swoje postanowienie i do niego przyjechała. Teraz jednak nie wątpiła ani trochę, gdy powoli odsuwała się od łóżka, chcąc wyjść stamtąd i zostawić go samego. I już miała to robić, gdy jego kolejne słowa skutecznie ją zatrzymały.
- Co? - Zapytała z niezrozumieniem, na moment marszcząc brwi i próbując pojąć sens jego słów, a gdy ten do niej w końcu dotarł, wydała z siebie ciche "och" i znów się do niego nieznacznie zbliżyła, by ostatecznie ciężko opaść na łóżko. Nie wiedziała, co mogłaby zrobić, by mu pomóc, bo nigdy nie była w takiej sytuacji i chyba po raz pierwszy w życiu nie miała jakiegoś zgryźliwego komentarza czy sprytnego wyjścia z sytuacji.

Ronald Weasley
18 lat
186 cm
naczelny chlor
Ronald Weasley
Awatar użytkownika
opis
Jak pod prąd płynąłem, wiele mnie spotkało ale jeszcze nic nie zabiło

Chłód objął na powrót jego ciało, kiedy Wendy, wyraźnie poruszona zabrała ręce z jego twarzy. Westchnął, przewracając oczami, bo dziewczyna znów wyprzedzała go o jakieś tysiące błędnie wysuniętych wniosków. Zaledwie jedna zbyt szybko wysnuta myśl wystarczyła, by Panoramix w jej głowie zaczął mieszać w swoim garze, aby Wendy Murdock odpaliła się jak ta zapałka. Ronald nie miał siły na wyjaśnianie. Zwyczajnie czekał, aż do niej dotrze.
To, że Ronaldowi Weasley z pewnością nie było spieszno do umierania. Choć wizja ta ostatnimi czasy jawiła się wyjątkowo kusząco i była z pewnością łatwiejsza niż pogodzenie się z nową rzeczywistością, tak cholernie inną od tej, która była bliska jego sercu. I nie chodziło już nawet o Wendy, bo relacja z nią była z pewnością czymś, co dało się posklejać. I choćby Ronald miał ślęczeć nad tymi rozsypanymi kawałkami rozbitego szkła latami i sklejać to kurestwo kawałek po kawałku, to nigdy nie miał zamiaru przestać próbować.
Rzeczywistość, w której jego siostra nie była już jego rodzoną siostrą, była tą, z którą nie mógł się pogodzić i czasem miał wrażenie, że być może z mamą wszystko byłoby tak, jak dawniej. Myśli tej towarzyszył jednak dotkliwy lęk. Wystarczająco duży, by pokonał chęć dobrania się do kolejnego woreczka strunowego. Nie na marne w końcu Ronald Weasley wymykał się śmierci już nie jeden raz, wtedy, kiedy zgonował po ojcowskiej nalewce w rowie, czy wtedy, kiedy spadł z wysokości okna sypialnianego Zoe w rabaty petunii, gdy po prześcieradle wspinał się do domu, by nie narazić się staremu. Nie na marne oszukał kostuchę w takich momentach, by tej nocy umrzeć w swoim łóżku jak ostatni mięczak.
Uniósł kącik ust, kiedy z ust Wendy wyrwał się cichy pomruk zrozumienia. Nie ruszył się jednak, kiedy opadła na łóżku obok, a jedynie zerknął na nią kątem oka z wciąż skrzyżowanymi rękami.
-Nie robię tego dla ciebie- mruknął w końcu, beznamiętnie, choć kłamał. Wendy była jedną z dwóch osób, dla których Ronald sięgnął wreszcie po rozum do głowy, jednak wtedy, kiedy ,,przez nią”, bo przecież nie przez własną głupotę, czuł się jak gówno, nie potrafił ugryźć się w język i pełen wyrzutów wyciągnął w stronę Wendy cały arsenał karabinów maszynowych.
-Pomyślałaś chociaż czasem, żeby mi się zapytać dlaczego to robiłem? - ciągnął, nieprzejęty tym, że właściwie to wcale nie chciał, by dziewczyna wychodziła, a swoimi słowami wypychał ją za drzwi -Nie bo po prostu z góry założyłaś, że robię to, bo jestem jebanym debilem- westchnął, a dolna warga zatrzęsła mu się pod wpływem dreszczy, które targnęły jego ciałem.
Ronald Weasley z pewnością nie był tej nocy sobą. Tak jak wtedy, kiedy rozbił świnkę skarbonkę swojej ukochanej siostry, ukradł jej oszczędności i siłą wepchnął Zoe do pokoju. Narkotyki sprawiały, że nie był sobą, zarówno wtedy, kiedy wysypywały mu się z nosa jak i teraz. Ale Ronald całym sercem chciał być czysty, by nie sprawiać już nikomu przykrości.
-A dowiedzieliśmy się jakiś czas temu, że Zoe to nie nasza biologiczna siostra - wyjaśnił wreszcie, zaciskając mimowolnie szczękę.
-W szpitalu doszło do pomyłki, tak po prostu- wzruszył ramionami, jakby to było jedno, wielkie nic. Tak też wyobrażał sobie reakcję szpitala na tą wielką pomyłkę, która miała prześladować ich już do końca życia, a im zajęła zapewne jedynie ułamek myśli, stanowiąc jakąś wesołą anegdotkę przy rodzinnej kolacji.

Wendy Murdock
18 lat
168 cm
studiuje taniec, sieje chaos
Wendy Murdock
Awatar użytkownika
opis
Don't call me "kid," don't call me "baby"
Look at this idiotic fool that you made me

Nie rozumiała bezsensownych uczuć, które nią targały, wiec zdecydowała się na to, by po prostu o nich nie myśleć; odciąć się zupełnie, siedząc ciężko na łóżku i wpatrując w ciemny kąt pokoju Ronalda pustym wzrokiem, bo tak było jej łatwiej. Może dlatego też jego słowa jej nie ruszyły, a może dlatego, że jednak dobrze go znała i wiedziała, że tak nie myślał, że kłamał, a ona od razu go przejrzała, bo była zbyt mądra na takie gierki. I w normalnej sytuacji zapewne zdzieliłaby go w łeb i uznała, że naprawdę był skończonym kretynem, ale tej nocy żadne z nich nie było w pełni sobą, więc, zamiast zrobić cokolwiek, ona tylko siedziała i nie robiła nic. Dopiero jego kolejne słowa — oskarżenia — sprawiły, że oderwała się od wgapiania w kąt i przeniosła swoje spojrzenie — z pozoru puste, choć pod tą osłoną czaiły się jej prawdziwe emocje — na chłopaka.
- Wcale nie. - Odparła mu, marszcząc lekko brwi. - Znaczy fakt, jesteś jebanym debilem, ciężko znaleźć większego. Uważałam, że robisz to, bo chcesz. Taki argument mi wystarczał. Zresztą co miałam zrobić, Ron? Zabronić ci? Próbowałam i jak to się skończyło, co? - Tym razem jej beznamiętny ton zmienił się w ten z nutką jadu, a oczy zabłyszczały z wściekłości próbującej się wydostać na powierzchnię, choć towarzyszył jej też żal, to wszystko, co się wydarzyło. Żal o ich straconą szansę na... cokolwiek. Żal, że Wendy zmarnowała tyle czasu dla chłopca, który nie dbał o nic, tylko czubek swojego pokrytego białym proszkiem nosa. Żal o to, że dostrzegła to zbyt późno. I ta wszechogarniająca ją wściekłość, że nie potrafiła o nim zapomnieć. - Nie chciałeś odwyku, sam to powiedziałeś, miałam cię zmusić do czegoś, czego nie chciałeś? Nie jestem moją matką. - Ostatnio słowo wypluła z wściekłością, bo bycie porównaną do jej rodzicielki było ostatnim, czego sobie życzyła — to tamta kobieta rządziła się życiami innych razem z mężem, decydując o tym, co powinno być najlepsze dla ich dzieci, choć tak naprawdę myślała tylko o sobie i tej idealnej wizji swoich potomków, którą sobie wykreowała.
- Kurwa. - Skwitowała jego kolejne wyznanie, wpatrując się w niego wielkimi z zaskoczenia oczami. - Popierdolone, co za banda niekompetentnych idiotów. - Pokręciła głową, choć mogła się spodziewać takiego braku profesjonalizmu po takiej dziurze. Nie widziała sensu w rozwijanie swoich myśli — proponowaniu wytaczania pozwu czy innych rzeczy, bo to nie był jej interes. Ronald nie powinien być jej interesem, ale jakaś część jej, albo wiele części, które kiedyś było całością, nadal nie potrafiły go tak po prostu odpuścić.
W pokoju na moment zapanowała zupełna cisza, ciążąca nad ich dwójką do momentu, aż Wendy nie zlustrowała Ronalda wzrokiem i się wyraźnie nie skrzywiła.
- Powinieneś się umyć i przebrać, jesteś cały mokry. - I bardzo próbowała swoją troskę o jego zdrowie i to, żeby się nie przeziębił, ukryć za wyrazem obrzydzenia. - I nie wiem, wylać zawartość tej miski na łóżko twojego starego, bo jebać tego idiotę, tak szczerze. - Tym razem jej ton był beznamiętny, jak zawsze, gdy proponowała niezbyt moralne rozwiązania sytuacji, a Wendy w ten sposób próbowała znów przejąć kontrolę nad samą sobą w tej osobliwej sytuacji, w której się znalazła.

Ronald Weasley
ODPOWIEDZ