31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Halvor za to się uśmiechnęła.
Uśmiechnęła się szeroko, ale wcale nie w rozbawieniu, a raczej rozczuleniu jego reakcją; spontaniczną, niekontrolowaną, tak miłą dla oczu i uszu. Potrzebowała zatem kilku sekund, by nie tylko pozbyć się z głowy echa jego śmiechu, a - co najważniejsze - oswoić się z faktem, że ta przyjemna melodia tak szybko się skończyła. Być może była to myśl niekoniecznie pasująca do definicji przyjaźni, być może nie powinna była postrzegać i słyszeć tego w ten sposób, być może stąpała po naprawdę cienkiej, niebezpiecznie łatwej do przekroczenia granicy, ale to naprawdę było jedno z niewielu w ostatnim czasie doznań przyjemnych na tyle, że chciała się tym po prostu nacieszyć.
Ponieważ jednak czas ich naglił (do przyjazdu jedzenia na pewno pozostało niewiele czasu), Halvor spoważniała, tym samym przywracając samej sobie zdrowy rozsądek i skupiając myśli na sprawach bieżących, niezwykle istotnych.
Dawno go nie widziałam – przyznała z tylko pozornym spokojem. Gdyby pojawiła się konieczność odnalezienia we wspomnieniach ostatniego spotkania z Graysonem, Halvor miałaby z tym naprawdę spory problem i bardzo chciała wierzyć, że nieznaczne osłabnięcie łączącej ich niegdyś więzi nie mogłoby negatywnie wpłynąć na przebieg ewentualnego spotkania w myjni Bena, w barze czy gdziekolwiek indziej mieliby podjąć próbę konfrontacji. – I mam nadzieję, że spotkam go w markecie albo na ulicy, a nie u Bena – dodała po chwili, siląc się na nieznaczny, odrobinę nieśmiały uśmiech. Wystarczająco mocno stresowała się tym planem i wszelkimi potencjalnymi niepowodzeniami, toteż perspektywa spotkania z - jak sądziła niegdyś - przyjacielem była podwójnie stresująca. Zwłaszcza, gdyby zapewnienia Jamesa miałyby okazać się mocno oddalone od prawdy, a Grayson stanąłby po stronie swoich ziomków.
Nie planowałam wybrnąć – zaprotestowała szybko, znów skupiając wzrok na jego oczach. Patrzenie prosto w roziskrzone tęczówki Jamesa przychodziło jej coraz łatwiej i bardzo to zajęcie lubiła, nawet jeżeli praktykowanie go przez dłużej niż kilka sekund wciąż stanowiło swego rodzaju bazę dla niepewności, czy przypadkiem nie pozwalała sobie na zbyt wiele. – Tak po prostu jest. – Nie dbała (brutalne, ale prawdziwe) o jego ego czy chęć czucia się jak najbardziej potrzebnym. Ona wprawdzie go potrzebowała, ale nie dlatego, by czuł się lepiej, a dlatego, że był jej przyjacielem, zaufanym powiernikiem i jedyną osobą, której obecnie ufała w stu procentach - również (lub zwłaszcza) w kwestii Pana Kota. Bycie dzielną wydawało się zatem dość naturalnym etapem, skoro to jego obecność i silne ramię, w które mogła się albo wypłakać, albo schować przed światem, dodawało jej odwagi. – No przecież ci go upiekę – dodała dużo swobodniej i tym razem to ona się roześmiała. Nie było tajemnicą, że wszystkie te filmiki i przepisy do wglądu wysyłała mu nie dlatego, że był cukierniczym koneserem rodem z najbardziej cenionej na świecie francuskiej kawiarenki, a raczej po to, by zorientować się, co ewentualnie mogłoby przypaść mu do gustu i czym mogłaby go uraczyć podczas kolejnego spotkania.
Nie śmieję się z ciebie! Doceniam twój aktorski kunszt – zapewniła, przyglądając się Jamesowi kątem oka. Czuła się lepiej. Może nie tak całkiem swobodnie, ale zdecydowanie spokojniej. Nie miała pojęcia, czy była to zasługa tych kilku żartów, czy może jednak przeświadczenia, że Jimmy na pewno wiedział, co robił, ale... było jej lżej. Nawet jeżeli palce obu dłoni wciąż zaciskała na krawędzi materaca.
Aha. Bo przecież jesteś taki surowy i groźny – rzuciła zaczepnie. Może nawet zbyt zaczepnie, biorąc pod uwagę to, jak uważnie śledziła każdy jego krok, gdy przechadzał się po pokoju, by ostatecznie, wpatrując się w jego oczy, przygryźć dolną wargę. – W porządku. Jeżeli sądzisz, że tak jest, to... wierzę – zapewniła, podnosząc się ze swojego miejsca. Dłonie uniesione w obronnym geście miały dać mężczyźnie do zrozumienia, że na ten moment nie miała już więcej pytań, przynajmniej w tej sprawie, i nie zamierzała go już dłużej dręczyć.
Ja sklep mogę zamknąć w każdej chwili – wyjaśniła, sugerując w ten sposób, że ostateczna decyzja i tak należała do niego. Halvor nie zamierzała jednak kryć rozczarowania kwestią napiętego grafiku. W tej kwestii miała bowiem swój własny plan.
Jak dużo? – Podchodząc bliżej, splotła dłonie za plecami, wszak zdenerwowanie znów dało się jej we znaki. Tym razem jednak z powodu sprawy dużo poważniejszej, niż spotkanie z jakimś bandziorem. – Bo zastanawiałam się, czy nie chciałbyś – zaczęła z uśmiechem; może trochę niewyraźnym, ale jednak widocznym – przyjść do mnie na świąteczną kolację? Jeśli oczywiście nie masz planów.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

Czas ich naglił, ale w myśl zasady „śpiesz się powoli”, niekoniecznie zainteresowany zaciągnięciem hamulca i ukróceniem tych igrzysk niezręczności, jakby miał frajdę z przyglądania się jak w pokraczny sposób swoje strefy komforty opuszcza dwójka dorosłych ludzi. Oto jeszcze niedoszły, ale niechybnie przyszły rozwodnik coraz głębiej zaglądał w oczy kobiecie niebędącej jego małżonką, natomiast wdówka (bo wdowy są stare, a Halvor jeszcze trochę do starości brakowało) po prostu uśmiechała się wesoło do kogoś innego niż mąż. Przeciętny człowiek pewnie pokręciłby z politowaniem głową, bo z boku to wszystko musi wyglądać naprawdę infantylnie i miałko, ale akurat dla tej dwójki to były naprawdę istotne szczegóły i mocno wyróżniały się na wspólnie malowanej osi czasu.
A czy to źle, czy jednak dobrze, to już kwestia zupełnie inna. Na inną rozmowę, godzinę i dzień.
Ponieawż Grayson zniknął również z radaru Jamesa, ten milczeniem zbył uwagę przyjaciółki, żeby nie dokładać jej jeszcze jednego zmartwienia. Co prawda sam uważał, że to jeszcze za wcześnie na panikę, bo Ainsworth, zupełnie jak kot, chadzał swoimi ścieżkami i to nie mogło być jego pierwsze rodeo, natomiast zbyt dobrze znał charakter przyjaciółki, żeby nie wiedzieć, jak to przyjmie. Oczami wyobraźni widział już, jak bursztyn w jej tęczówkach smutno płowieje, a nad jasną czupryną zbiera się gęsta chmura czarnych myśli, ciskając piorunami z niedopowiedzeń i domysłów. W końcu, jeśli chodzi o empatię czy troskę o swoich najbliższych, nie znał chyba drugiej takiej osoby jak Halvor – tak wiecznie przejętej, bezinteresownie opiekuńczej i po prostu dobrej. I to wcale nie to, że Delilah – (była) żona Jima – wypadała na jej tle jak dzień do nocy, albo bo oprócz niej miał pecha do ludzi i trafiał raczej między tych niekoniecznie czystych; Faraday była w jego oczach po prostu najbardziej ludzka. Względnie i bez-.
Więc bądź grzeczna i ze mną nie dyskutuj. Jak mówię, że jesteś twarda, to jesteś. I kropka. – Jim przyłożył sobie palec do ust w uciszającym geście, obrzucając kobiecą twarz wymownym spojrzeniem i cicho westchnął. Pewnie, że to wszystko do kupy brzmiało jak wyjęte prosto z wiaderka wazeliny, żeby się jej podlizać, ale Brunetto był chyba już w tej bezpiecznej pozycji, że nie musiał tego robić; że go akceptowała, a czasami to może nawet i lubiła, skoro jednak mógł sobie wybierać z tiktokowych inspiracji, także to zupełnie nie to. Zresztą – umówmy się: „twarda” jako komplement to musi być kobiecy ekwiwalent „sympatyczny” pod adresem faceta. Niby fajnie o sobie tak usłyszeć, ale to jednak nie jest to. – Ale… Polecam się, nie? – Podrzucił zabawnie brwiami do góry i sztucznie zaśmiał się pod nosem. Bycie docenianym – potrzebnym, ważnym albo po prostu „jakimś” dla kogokolwiek – przyświecało mu w życiu od zawsze (nie był narcyzem, po prostu miał silną i nigdy niespełnioną potrzebę przynależności), ale jednocześnie nie potrafił przyjmować tej roli z godnością i zwłaszcza słuchanie o tym na głos szalenie go krępowało. Na całe szczęście Bóg stworzył ciasta. Żeby można było nimi przejść niepokój i o nich pogadać, gdy rozmowa zrobi się odrobinę niewygodna. – Daj spokój. Nie rób sobie kłopotu. Ten z cukierni też jest w porządku – westchnął, ale już tylko pozorując zmieszanie i z coraz mniejszą determinacją przepychając agendę o samowystarczalności i bezprobleomowości. Umówmy się: wszyscy lubią sernik i to nic wielkiego dostarczać go potrzebującym.
Lepiej, żeby tak było. Obserwuję Cię. – Nie wychodził z roli. Pobrzmiewający mu w głosie chłód niekoniecznie do niego pasował, tak jak zmanierowany i żywcem wycięty z kursu dla podrywaczy-amatorów gest typu „widzę cię”, pokazany dwoma palcami, ale nie płacili mu aż tak dużo, żeby nawet na próbie był przekonujący. Najważniejsze, żeby to premiera wypadła bez zarzutów. – Może i nie. – Wzruszył ramionami. – Ale mogę być. I będę gadać dużo głupich rzeczy, więc się przygotuj. Na to i na to, że będziesz musiała o wszystkim zapomnieć. I nigdy mi tego nie wypominaćzarządził, wyjątkowo jednak nie zerkając w jej stronę. To byłaby okropna porażka, gdyby w odpowiedzi na ten warunek odnalazł na jej twarzy uśmiech niedowierzania, kpiny czy politowania, więc wolał sobie tego oszczędzić. A że ominął go obrazek prosto z listy kluczy-haseł do wyobraźni przeciętnego faceta to… Może to i lepiej w sumie. Po co miałby to widzieć?
Wiem o tym, ale nie będziemy Ci psuć interesu, żeby się pobawić w przebieranki. Zwłaszcza, że wcale nie musimy się na niego natknąć. Zrobimy to „po Bożemu” – znów prędzej oznajmił niż zaproponował, ale już nie tak pewnie, jak przed chwilą; Halvor stała już na równych nogach i byłoby nierozsądnym dyktować jej warunki w tej sytuacji, choć ze splecionymi za plecami rękami wydawała bardziej oswajalna i mniej niebezpieczna, a do tego to i nawet urocza, natomiast Jim nie był na tyle odważny, żeby pomyśleć o tym inaczej niż przelotnie. – Dużo-dużo – wtrącił krótko, zanim złożyła mu tę propozycję i w sumie dobrze się stało, że zdążył to zrobić, bo ta chwila milczenia, w której utknął, potrwała choć odrobinę krócej. – Ja… Nie wiem, co powiedzieć – mruknął, a nacisnąwszy mocno zębami na dolną wargę, odwrócił od niej wzrok. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy; nagle znów stał się tamtą sierotą z domu dziecka i potrzebował cudzej łaski, żeby świątecznych cudów nie wypatrywać w samotności. Uzupełnianie grafika pełniło niby tę samą funkcję, ale przyszło mu jakoś łatwiej. Pewnie robił to sam. – To… Bardzo miłe, ale ja nie chciałbym Ci sprawić kłopotu. Tobie ani… W ogóle nikomu – odparł wreszcie, wcześniej odchrząknąwszy głośno kilkukrotnie i spróbował się do niej uśmiechnąć. – Zresztą w święta mam tylko popołudnia albo nocki, więc problem chyba rozwiązał się sam. – Dokończył, wzruszając ramionami i z bladym uśmiechem na twarzy, ale wpatrzony w przestrzeń za jej plecami (mogła to fizycznie sprawdzić, robiąc krok w bok), znalazł się nagle w zupełnie innym miejscu i twardo stawiał czoła natrętnym myślom.
To nie była byle wazelina. Halvor naprawdę była powiewem świeżego powietrza w jego popsutym już na starcie życiu.

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Dobrze, sierżancie Brunetto – przytaknęła krótko, celowo sięgając po prawidłową formę jego nazwiska, jak gdyby w ten sposób chciała nie tyle okazać należny szacunek (bo to robiła każdego kolejnego dnia, tyle tylko, że po swojemu), co po prostu podkreślić powagę sytuacji i dać mężczyźnie do zrozumienia, że liczyła się z jego zdaniem również w tej kwestii, nawet jeżeli dziwnie było słuchać akurat takiego komplementu. Nie chodziło o możliwość różnorakiej interpretacji czy daleko idącą przesadę, ale raczej o fakt, że ostatnie tygodnie niekoniecznie współgrały z przekonaniami, które głosił James; twarda babka nie spędzała nocy albo w hotelu, albo na kanapie w mieszkaniu przyjaciela (bo oczywistym było, że tamtej nocy nie pozwoliła na to, by odstąpił jej i Panu Kotu swoje łóżko) i nie rozczulała się nad swoim losem tak często, jak w ostatnich tygodniach robiła to ona, bez względu na to, jak ciężko by nie było.
Nie czuła się jednak aż tak winna. Spędzone razem miesiące skutecznie doprowadziły do momentu, w którym czuła się przy Jamesie nadzwyczaj swobodnie; podsuwając mu pod nos kolejne eksperymentalne potrawy, podrzucając do opieki ukochanego pupila czy podśpiewując pod nosem ulubione piosenki, kiedy akurat mieli okazję podróżować razem samochodem. Wraz z upływającym czasem nauczyła się również smucić, martwić, a nawet płakać i nie uważać tego za powód do wstydu, nawet wtedy, kiedy Brunetto tak uważnie patrzył w jej oczy, kiedy był tak blisko i kiedy niemal cały ciężar wszystkich swoich trosk wspierała na jego ramieniu. To było dla niej bardzo ważne.
Ja za to w ankiecie czy polecam innym dałabym ci jedynkę, żeby przypadkiem nie doszło do sytuacji, w której będę musiała się dzielić – odparła przekornie, odwzajemniając posłany w jej stronę uśmiech; ten jej był równie zawadiacki, choć błysk w oku sugerował, że w kobiecych słowach czaiła się nuta prawdy, a tak skrajnie brutalna opinia miała na celu nie tyle zaniżyć mu jakiekolwiek statystyki, a po prostu zminimalizować ryzyko pojawienia się innej blondynki z kotem w opałach. Musiał jej zatem ten czarny PR wybaczyć. – Jest – przyznała, kiwając głową, bo zgoda; pójście do cukierni i wybranie jakiegoś ciasta z gablotki nie brzmiało jak zadanie trudne i czasochłonne, ale w kwestii jedzenia chodzenie na łatwiznę nie było w ich stylu. – Ale żaden nie będzie wyglądał tak spektakularnie. I nie kłóć się ze mną. Możesz rządzić się tutaj – w sypialni jako centrum dowodzenia dla ich sprytnego planu, choć Halvor zdecydowanie za późno zorientowała się, że w kontekście tego akurat pomieszczenia w mieszkaniu mogło to zabrzmieć co najmniej dwuznacznie – ale w kuchni dowodzę ja. – Prostując się dumnie, chciała chyba uniknąć ewentualnej niezręczności, choć James na swój sposób na pewno jej w tym pomógł, skoro powietrze zrobiło się gęste, a między nimi zawisła konieczność złożenia kolejnej obietnicy.
Miałabym naśmiewać się z człowieka, który tak dużo ryzykuje i to bez pewności, że to przyniesie zamierzony efekt? Moje żarty bywają słabe, ale nie jestem okrutna – zapewniła krótko, by wiedział, że do całego planu i jego realizacji podchodziła naprawdę poważnie. Na domiar złego była chyba zbyt przejęta swoją własną rolą, by w ogóle rościć sobie prawo do uwag względem tej, w którą miał wcielić się James. Nie miała pojęcia, czy powinna była pójść w stronę naiwnej, zakochanej, przeżywającej drugą młodość wariatki, pewnej siebie i skupionej jedynie na własnej wygodzie żony tęskniącej za luksusem czy może jednak wyrachowanej intrygantki. To było zbyt trudne.
Wiesz, to prawie jak plan wyjścia na tematyczną imprezę. Wolałabym taką w stylu księżniczek lub wróżek, ale niech będzie. Kochanka gangstera też daje sporo możliwości – podsumowała, tym samym dając mu do zrozumienia, że ewentualny termin realizacji tego przedsięwzięcia zależał jedynie od niego i że ona po prostu pokornie zamierzała być w gotowości. Może poza środami. W środy często zaglądała do domu kultury.
Może nawet podzieliłaby się tym inteligentnym żartem na głos, ale konsternacja odmalowana na męskiej twarzy skupiła jej uwagę na tyle mocno, by zapomniała o własnych rozterkach.
Nie musisz niczego mówić. No, może poza tak, chętnie przyjdę – zasugerowała, posyłając mu uśmiech. Nie chciała, by odebrał to zaproszenie w nieodpowiedni sposób, wszak nie czaiła się za nim żadna ukryta intencja. Halvor - jak na prawdziwą panią domu przystało - wychodziła z założenia, że świąteczny czas należało spędzić w gronie bliskich. James Brunetto... był jej bliski. – To żaden kłopot. Nie będzie tłumów. Ojciec ma jakieś spotkania poza miastem, wróci dopiero w pierwszy dzień świąt. Będzie moja siostra i jej sto pięćdziesiąty w tym roku chłopak. Chyba, że do tego czasu się pokłócą i rozstaną. Ale jeśli nie, ich też możemy rozwalić w pojedynku na planszówki – zaproponowała, pamiętając, że perspektywa spotkania z jej znajomymi i ewentualnego pojedynku przypadła mu do gustu, toteż uznała, że będzie to sprytna i być może dobra droga w walce o jego obecność podczas świątecznej kolacji.
Och – westchnęła przeciągle, nie spodziewając się, że grafik dyżurów na komendzie mógłby zostać już przygotowany i dopięty na ostatni guzik, toteż cień rozczarowania przemknął po jej twarzy pewnie w sposób zauważalny. – To może świąteczne śniadanie? – dodała zaraz potem, znów zdecydowanie za późno gryząc się w język. Parsknąwszy śmiechem, skryła twarz w dłoniach, nie wierząc w to, jak bardzo nieostrożnie dobierała dziś słowa. – Wiesz co? Jeśli w grafiku coś się zmieni, to po prostu wiedz, że zaproszenie jest aktualne. Bez względu na porę – zapewniła miękko, bardzo, ale to bardzo doceniając fakt, że mieszkanie zaledwie sekundę później wypełniło się dźwiękiem dzwonka do drzwi, co - jak sądziła - związane było z pojawieniem się zamówionego jedzenia.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

Za to rozkapryszona mimoza nie próbowałaby na własną rękę ustalić źródła pochodzenia podejrzanych znalezisk ze swojego mieszkania i nie pchałaby się na pierwszą linię frontu, żeby zajrzeć w oczy komuś, kto w najlepszym wypadku maczał palce jedynie w porwaniu jej ukochanego futrzaka (a w najgorszym mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią jej męża). Jeśli to nie było wystarczające doświadczenie, żeby starać się o posadę miano Twardej Babki, to znaczy, że ta branża też już upadła na głowę i liczą się przede wszystkim studentki z piętnastoletnim doświadczeniem. Przynajmniej wszędzie tam, gdzie decyzji nie podejmował sierżant Brunetto; w jego podręczniku bowiem Halvor była – najbezpieczniej rzecz ujmując – wystarczająca, a właściwie to jeszcze więcej niż wystarczająca właśnie i spokojnie mogła o sobie mówić w ten sposób.
To brzmi przerażająco terytorialnie, Halvor – ocenił, cicho zaśmiewając się pod nosem. Wbrew pozorom całkiem to lubił; to znaczy nie chorobliwą zazdrość, dzikie spojrzenia i emocjonalny szantaż, ale klimat, który coraz częściej towarzyszył ich rozmowom. Nic wielkiego, bo każda przyjaźń ma swój unikalny vibe, slang i obrządek, ale ponieważ dotychczas mógł tego jedynie zazdrościć innym, szczęśliwszym od siebie ludziom, to teraz się tym zachłystywał. Nie brał więc wszystkiego tak bardzo na poważnie i z dystansem podchodził do jej słów. Nawet tak… Nieopatrznych? – To uczciwa wymiana – przyznał po nieco zbyt długiej chwili, którą poświęcił wyłącznie na zajrzenie jej w oczy. Wiedziała, że wiedział i on też wiedział, że wiedziała, ale to wszystko; Jim nawet nie drgnął ani się wyraziściej nie uśmiechnął, chociaż w lędźwiach zamrowiło go tak, jak już dawno nie, a przyjemne ciepło rozlało mu się niemal po całym ciele, nieco ubarwiając męskie wyobrażenie o Halvor.
Ale tylko na chwilę. I chyba niewystarczająco, żeby miał się tego przed sobą wstydzić za godzinę albo dwa dni.
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele dzieciaków pragnie teraz takiego życia.Takiego to znaczy kryminalnego. To całkiem nowa moda, nad którą ubolewamy w sumie wspólnie z Jamesem, ale rozwijająca się w zastraszającym tempie i przede wszystkim okropnie niebezpieczna. W końcu świat, w którym etatowi kryminaliści stają się idolami dzieciaków (i to przede wszystkim tych z dobrych domów), nie robi się od tego spokojniejszy, a bo romantyzowanie zbrodni i przestępczego stylu życia coraz częściej się iści i psuje młode życiorysy jeszcze zanim zaczną się rozkręcać. I co gorsza – o tę fascynację jest coraz łatwiej, skoro nawet na tiktoku jednym z ostatnich virali był modowy trend a’la mobwife; żona gangstera (*w to powinna iść, to najbardziej przekonujące). – Chociaż nie powiem, chciałbym zobaczyć ich miny, gdybyś przebrała się za jakąś wróżkę, a ja za… Nie wiem, Shreka czy coś w tym stylu – dodał już mniej gnuśnie, przepraszająco uśmiechając się do Halvor. Tak jak cienka granica dzieli dzieciaki przed ulicą, tak i jemu potrzeba bardzo niewiele, żeby za bardzo rozpędzić się do pełnej powagi i smęcić na tematy, które normalnych ludzi nie dotykają. Ale co zrobić – Jim w pierwszej kolejności był gliną, a dopiero potem facetem czy człowiekiem. Taki przypadek.
Halvor! – Jęknął z wyrzutem, nie kryjąc jednak coraz szerzej malującego mu się na twarzy uśmiechu. Sezon na przepraszanie za oddychanie w jej towarzystwie niby już dawno się skończył, ale to zaproszenie tak bardzo go poruszyło, że już teraz mogła się spodziewać adresowanych do niej całymi seriami podziękowań. W końcu w swoim mniemaniu kompletnie nie zasługiwał na takie gesty i że wszelkie przejawy empatii powinien traktować jako zwyczajną litość.
No chyba, że chodziło o Halvor. Halvor nie patrzyła na niego z góry i Halvor mógł zaufać, że to chęć, a nie zobowiązanie.
Tylko jeśli to jakiś kiepski facet. Nie chcę ryzykować przychylnością drugiej Hartleyówny. – Potrząsnął w końcu głową i nieśmiało się do niej uśmiechnął, nadal starając się uniknąć spojrzenia jej w oczy. W końcu w te jego nie warto było teraz zaglądać; i owszem, rozbłysły teraz, ale jakoś tak smutno i nieśmiało, i bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę, bo do pary charakterystycznie ścisnęło mu gardło i strasznie się tego zawstydził. – Może być śniadanie – mruknął i w ślad za nią się roześmiał, ale tylko po to, żeby ukryć targające nim emocje, bo w samej propozycji nie było nic zdrożnego. W końcu nie proponowała mu je osobno, a nie po kolacji. – Dziękuję, Halvor. Chętnie przyjdę – oznajmił w końcu, celowo sięgając po jej słowa, a potem zaczął nawet od „nawet nie wiesz”, ale „ile to dla mnie znaczy” zagłuszył dzwonek do drzwi i już nie było o czym mówić.

//ztx2

Halvor Faraday
ODPOWIEDZ