31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Większość pewnie nie wie, jakim był... – Krótka pauza była chwilą na przeanalizowanie użytego sformułowania; nie do końca pewna wiedza na temat stanu zdrowia Mike'a nie pozwalała na jednoznaczne określenie czasu, w jakim powinna była o nim mówić, ale ten przeszły sprowokował przemykające wzdłuż kręgosłupa ciarki przerażenia. Nie mogło być aż tak źle. – Nie wie, jakim jest idiotą – mruknęła, wywracając oczami, co w gruncie rzeczy nie było symbolem jej negatywnego nastawienia do Puchona, ale raczej próbą zamaskowania zdenerwowania, jakie dopadło ją na myśl o tym, że coś mogłoby pójść nie tak, że obrażenia mogłyby okazać się zbyt rozległe, aby dało się go uratować, że zwyczajny wypadek mógłby zostać sklasyfikowany jako morderstwo, którego sprawy ojciec chłopaka nie pozostawiłby bez echa i rozwiązania. Najgorszy w tym wszystkim zdawał się być nie czyn sam w sobie (bo po tym, jak bez pozwolenia dobierał się do Narson i pewnie wielu innych dziewcząt w szkole, które nie miały tyle szczęścia, by posiadać przy sobie zaprzyjaźnioną grupkę kolegów i koleżanek, Halvor sama chętnie przerzuciłaby go przez jakąś barierkę i to z dużo wyższego piętra szkoły), ale to, że pozostawały powiązane z nim osoby, na których jej tak bardzo zależało. Nie chciała, by Narson miała jakiekolwiek kłopoty tylko dlatego, że próbowała się obronić i zdecydowanie nie chciała, by problemy pojawiły się na drodze Jamesa tylko dlatego, że próbował pomóc jej podczas gdy ona próbowała pomóc przyjaciółce. Ten ciąg zdarzeń i osób jawił się w oczach Hartley jako coraz bardziej niebezpieczny, dlatego blondynka raz jeszcze rozejrzała się dookoła, by upewnić się, że dookoła nie było nikogo, kto mógłby podsłuchać ich przeprowadzoną szeptem rozmowę, nawet jeżeli z dalszej perspektywy mogło to wyglądać jak typowe wymienianie czułych słówek między świeżo upieczoną parą, której ciężko było odsunąć się od siebie na odległość większą niż kilka centymetrów.
Pewnie głównie dlatego Noel z Gryffindoru tak bardzo nie pasował do tego obrazka, mimo iż to właśnie jemu Halvor przez kilka kolejnych sekund poświęciła więcej czasu oraz uwagi niż swojemu chłopakowi. Czuła, że Jimmy starał się dotrzymać jej kroku, ale entuzjazm związany z połączeniem kropek i stworzeniem teorii, której potwierdzenia tak gorączkowo potrzebowała, okazał się silniejszy niż zdrowy rozsądek, dlatego nie wzięła pod uwagę tego, że jej postawa mogłaby okazać się odrobinę podejrzana, a może nawet budząca trochę strachu w koledze, którego dotychczas znała jedynie z opowieści Narson, a który o niej słyszał pewnie... raz lub dwa, a może nigdy.
A wyglądam, jakbym żartowała? – Wyrzuty sumienia związane z wplątaniem Skowronka w to wszystko były wystarczająco duże, dlatego wolała nie wciągać go w kolejną scenę, która w przyszłości mogłaby okazać się powodem dla wielu problemów. Nawet jeżeli nie wyobrażała sobie prowadzenia tego śledztwa w pojedynkę, to jednak zupełnie wystarczało jej to, że po prostu stał tuż za nią i był gotowy do ewentualnej obrony, gdyby na przykład Noelowi nie spodobało się któreś z zadanych przez nią pytań. To z kolei było scenariuszem mocno prawdopodobnym, skoro w całej rozmowie i swojej postawie Hartley była zaskakująco bezczelna, co może i zupełnie do niej nie pasowało, ale co miało - w jej odgórnym założeniu - przynieść oczekiwane skutki. Potrzebowała informacji. – Nie tak jak wszystkim...? – zaczęła, nieco zdezorientowana kierunkiem, w jakim ruszyła ta rozmowa, ale krótkie zerknięcie najpierw na Jamesa, potem na Noela wystarczyło, by westchnęła przeciągle i zmarszczyła nos w charakterystycznym dla siebie geście.
Choć wielokrotnie bywała milczącym świadkiem momentów, w których Coreen dokuczała Narson z tego akurat powodu (sama wolała pozostać cicho, nie uważając, by miała jakiekolwiek prawo się wypowiadać; raz z powodu zerowego w tej akurat kwestii doświadczenia, dwa, bo uważała, że każdy robił to, na co miał ochotę i z czym czuł się dobrze), to jednak nie było tajemnicą, że nie podobały się jej ani krążące po szkole plotki, ani sposób, w jaki przyjaciółka była przez niektóre osoby traktowana - bez względu na to, czy pogłoski o jej miłosnych podbojach były prawdą, czy wyssaną z palca bzdurą.
Aha – mruknęła pod nosem, obecnie niespecjalnie wzruszona tym wyznaniem, nawet jeżeli w normalnych okolicznościach pewnie by się uśmiechnęła. O Narson można było powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że miała dobry gust, jeśli chodziło o chłopaków, toteż świadomość, że spodobał się jej akurat ktoś pokroju Noela była miłą odmianą. – Dlaczego sądzisz, że by się z tobą nie umówiła? – Mało było to subtelne i zakrawało o terapię przeprowadzoną na szybko na szkolnym korytarzu, ale nie mogli pozwolić sobie na nieco bardziej komfortowe warunki: bo nie znali się na tyle dobrze i dlatego, że Hartley nie miała ochoty spędzić na tym dialogu całego dnia. – Więc nie widzieliście się dzisiaj rano? – dodała zaraz potem, nie kryjąc przy tym rozczarowania, ale i ze swego rodzaju premedytacją ignorując pytanie, które padło ze strony kolegi. Zupełnie tak, jak gdyby chciała mu dać do zrozumienia, że ona pytała a on odpowiadał, nie na odwrót.
Ty na pewno jesteś Halvor? Ta niby cicha i nieśmiała? – rzucił w odpowiedzi, ściągając brwi ku sobie, bo choć kojarzył koleżanki Narson ze snutych przez nią opowieści, to jednak aktualne zachowanie blondynki nijak pasowało do Krukonki, której obraz miał w głowie, gdy dziewczyna wspominała o Halvor i Coreen. – Wkręcasz mnie, tak? Przyznaj się.
Nie, to ty się przyznaj, czy byliście dzisiaj umówieni.
To nie twoja sprawa.
Więc byliście. – Halvor uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Noel westchnął zrezygnowany, wywrócił oczami i rzucił pod nosem jakimś przekleństwem, którego nawet nie zdołała tak do końca wyłapać i zrozumieć.
Byliśmy. Zadowolona? – mruknął w niezadowoleniu i zniecierpliwieniu, o którym poinformował Jamesa przeciągłym spojrzeniem; zupełnie tak, jak gdyby w niemy sposób ponowił prośbę o pomoc i odciągnięcie blond Krukonki od jego osoby.
Nie. Widziałam Narson po śniadaniu. Samą. Ciebie za to nie widziałam. Co się stało? – Trochę naginała fakty, trochę mówiła o tym, co było wygodne, a trochę strzelała w ciemno, ale podjęte przy tym ryzyko najwidoczniej się opłaciło, skoro Noel z rezygnacją wsparł się ramieniem o pobliską ścianę. Dla Hartley był to jasny znak, że nie zamierzał uciekać przed dalszą wymianą wiadomości, dlatego odrobinę rozluźniła się również ona.
Noel za to bił się z myślami i trwało to dłuższą chwilę. Na dodatek rozejrzał się dookoła, mając wrażenie, że rumieniec na jego policzkach był widoczny z drugiego końca korytarza, a ręce pociły się mocniej niż tuż przed pierwszym meczem w barwach Gryfonów. Za straszny wstyd uważał nie tyle całą sytuację, co konieczność tłumaczenia się z niej przed prawie obcymi dla niego ludźmi, ale jednocześnie bliskimi dla Narson.
Spóźniłem się, okej? Byliśmy umówieni w bibliotece, ale spóźniłem się, bo na korytarzu zaczepiła mnie jakaś wariatka. To było może pięć minut, ale kiedy przyszedłem do czytelni, po Narson nie było tam śladu. Nie widziałem jej później, a potem wyszła cała ta akcja z Mike'm... – wyznał markotnie, wciskając dłonie do kieszeni szaty. – Aż tak wkurzyła się o głupie pięć minut, że aż przysłała ciebie? – dodał w jawnej dezaprobacie dla takiego załatwienia sprawy, ale Halvor - nim w ogóle zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią - zerknęła na Jamesa.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

- Idiota to dla niego komplement. Najniższy wymiar kary czy coś w tym stylu. – Wzruszył obojętnie ramionami, mocno przyciskając kciuk do dłoni Halvor w nieśmiałym geście wyrażenia wsparcia. Tę najczarniejszą obawę – mniej lub bardziej świadomie – podzielali. Skoro Mike’owi nie można było pomóc przy użyciu magii, to wiszące nad Hogwartem ciemne chmury, musiały być naprawdę gęste i na próżno było prędko wypatrywać rozganiającego je wiatru. Szkolne skrzydło medyczne cieszyło się wszak nawet ogólnokrajową renomą: w letnie wakacje quidditchowe kontuzje pod czujnym okiem pani Pomfrey zaleczali również i profesjonalni zawodnicy, a o słynnych, ziołowych okładach na złamania, naukowcy pisywali ciągle nowe rozprawy, zachwycając się kunsztem lokalnych specjalistów. Przy upadku z takiej wysokości to musiało przecież naleźć jakiekolwiek zastosowanie. Musiało pomóc.
A jednak.
Nadziei szukano wśród niemagicznych.
Problem Noela z Gryffindoru za to – to znaczy ten z byciem niepasującym elementem zaistniałej sytuacji - polegał na tym, że… po prostu był z Gryffindoru. To trywialne i trochę cyniczne, ale tłumaczyło go w sposób najprostszy i w dodatku wiarygodny. Otóż żadna to tajemnica, że w najbliższym otoczeniu Jamesa śmieszkowało się z Gryfonów; złośliwości przechodziły niejako z pokolenia na pokolenie po tych wszystkich burzliwych latach z przełomu milenium, w których faworyzowany był tylko jeden dom, a wykpiwanie go – przynajmniej dla Puchonów – stanowiło już świecką tradycję. Co prawda mijało się to trochę z celem, bo za te wszystkie potterowe puchary cierpieli uczniowie, których wówczas nawet jeszcze nie było w planach, ale równowaga w przyrodzie polegała na tym, że w dużej mierze były to „kumpelskie” docinki, a powstające ponad nimi przyjaźnie – silne, czyste i po prostu piękne. I na tym polegało clou – z Gryfonów można było śmieszkować i w nieskończoność wypominać im dodatkowe dziesięć punktów za wyprostowane, ale wciąż wyróżniały ich te same cechy: lojalność czy odwaga, a przede wszystkim szlachetność, prawość czy szczerość, więc trudno było ich podejrzewać o jakiekolwiek niegodziwości.
To dlatego Jim był tak bardzo sceptyczny i tak oszczędnie korzystał z języka; niby z jednej strony sama Halvor nie bardzo angażowała go w tę dyskusję i prowadziła to przesłuchanie na własną rękę, ale z drugiej – on też nie chciał się wtrącać i powiedzieć o słowo za dużo, bo temat był bardzo delikatny i wymagał absolutnej dyskrecji, i bardziej ufał opanowaniu czy wyczuciu Halvor, niż swojemu.
Nerwowy bywał… nieprzewidywalny.
- Wybacz, ale nie wiem – odparł jej krótko Noel. Trochę ryzykował, ale blondynka wydawała mu się tak okropnie poważna, że równie dobrze mogłaby tę powagę grać, zwłaszcza z tym patusem za plecami. Na całe szczęście – ten trochę przyszedł mu z pomocą, bo wymienione z nim wymowne spojrzenie rozwiało wątpliwości jasnowłosej, co do sensu wypowiedzianych wcześniej słów. Ich paradoks, tak na marginesie, polegał na tym, że w gruncie rzeczy ciężko było znaleźć kogoś, kto mógłby swoim przykładem poświadczyć ich prawdziwość: niby się o tym gadało, niby się wiedziało, ale żeby pojawił się ktoś wiarygodny, kto otwarcie powiedziałby – o tym, co rzekomo potrafiła zrobić – że to prawda albo nie, no to… raczej nie. Zresztą – sam fakt, że Narson niespecjalnie się przed tymi oskarżeniami broniła albo ich wstydziła, mógł (i powinien) dawać do myślenia, natomiast w tym wieku robi się to (w sensie myśli, ok) wyjątkowo rzadko i dopiero za parę lat ktoś dojdzie do wniosku, że to mogła być maska, pod którą ciemnowłosa Krukonka ukrywała rozżalenie albo zgorszenie snutymi o niej plotkami.
Na tamten moment jednak stan faktyczny był… taki, jaki był, a Jim, widząc spojrzenie Halvor, trochę się go przestraszył, bo już teraz spodziewał się dalszego przesłuchania i sprawdzenia, czy przypadkiem i jego nie łączyło coś z tymi wszystkimi historiami.
- Bo ja… Eee… – Zawahał się Noel, drapiąc się nerwowo po głowie. To dopiero pytanie; ciekawe, jak sama tłumaczyła się swoim dziewczynom z własnej nieśmiałości i braku odwagi, gdy w milczeniu wzdychała do jakiegoś innego Krukona, Ślizgona, ulubionego aktora czy wokalisty. – Nieważne. Po prostu gadaliśmy może ze dwa razy w życiu, okay? – oznajmił zgodnie z prawdą, nonszalancko potrząsając ramionami. Zwłaszcza przy Jamesie nie zamierzał się teraz zwierzać ze swoich kompleksów i opowiadać czego mu brakowało, żeby wpisać się w kanon urody rzekomo preferowany przez Narson, nie mówiąc już o cechach charakteru, które teraz mniej lub bardziej udolnie przed nimi maskował, starając się w ten sposób zachować twarz. To był zdecydowanie trudny przypadek.
- Jeżeli głupie pięć minut to maksimum Twoich możliwości, to ja się wcale nie dziwię, że się wkurzyła – wyrwał się w końcu Jim, znudzony zresztą swoją rolą obserwatora, ale zanim zdążył się do niego na dobre wyszczerzyć, dotarło do niego, że znów sprowadził wszystko do snutych o Narson plotek. Zamiast więc triumfować, sam spalił teraz buraka i parę razy nerwowo odchrząknął. – Eee… To po prostu nasza – aha, naprawdę tak powiedział – przyjaciółka i trochę się o nią martwimy. Naprawdę to przeżywa – urwał, czując na sobie spojrzenie Halvor, którym przypuszczalnie wypalała mu już na skórze, literka po literce, „przestań tyle o niej gadać, gamoniu” i jeszcze raz chrypliwie zakasłał, potrząsając głową na boki. – A poza tym – tu ściągnął brwi i surowym spojrzeniem obrzucił Noela – spróbuj tylko komuś powiedzieć, że teraz też Cię zaczepiła jakaś wariatka, to inaczej pogadamy. Łapiesz? – wycedził szorstko, w odpowiednim momencie wymownie potrząsając głową. To strasznie prostackie, ale musiał jakoś wybrnąć z sytuacji, a poza tym właśnie tak wyobrażał sobie rolę bycia jej chłopakiem, nawet jeśli umiała o siebie zadbać i to pewnie jej Noel obawiał się bardziej. – Warto było? Dać się zaczepić? – dopytał jeszcze kpiącym tonem, ale raczej nie przywiązywał zbyt dużej wagi do tego, kto tak naprawdę stanął mu na drodze. Ba, prawdę mówiąc, był prawie przekonany, że ta wariatka nie istniała i była tylko wymówką, a drążył tylko po to, żeby mu jeszcze trochę podeptać po odcisku.

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Halvor Hartley nie była pewna, na czym tego dnia należało się skupić. Możliwości było bowiem aż za dużo: począwszy od wypadku Mike'a, którego okoliczności nie były tak do końca i jednoznacznie znane, poprzez potencjalne wzięcie w nim aktywnego udziału przez Narson aż po sprawy łączące ją z niejakim Noelem z Gryffindoru. Pech chłopaka chciał, że całe śledztwo - którego prowadzenia Krukonka podjęła się dość spontanicznie i bez głębszej, co było dziwne jak na przyjęte przez nią standardy, analizy. Po prostu on jako pierwszy pojawił się na horyzoncie i ze wszystkich zainteresowanych tylko on jeden sprawiał wrażenie psychicznie gotowego na to, by go przesłuchać - nawet jeżeli tego nie chciał, nawet jeżeli w rzeczywistości nie wiedział absolutnie niczego i nawet jeżeli posiadane przez niego informacje miałyby okazać się bezwartościowe. Wciąż był lepszym rozmówcą niż zestresowana, zapłakana Narson czy leżący w szpitalu z rozwaloną głową Mike, którego ratować miały nie możliwości stworzone przez magię, a mugolskie wynalazki z zakresu medycyny. Noel okazał się zatem pośrednią ofiarą całego zamieszania, ale Halvor nie sprawiała wrażenia mocno tym przejętej, gdy z dezaprobatą odmalowaną na twarzy przyglądała mu się z uwagą, wzrokiem jednocześnie starając się zmusić go do większej otwartości w kontekście zwierzeń na temat jego znajomości z zaprzyjaźnioną Krukonką.
Eeee... – Tym razem to ona nie zabrzmiała zbyt elokwentnie, ale potrzebowała dłuższej chwili na to, by połączyć kropki, które pasowały zarówno do krążących po szkole plotek o Narson oraz wymienianych obecnie przez chłopaków informacji. W normalnych okolicznościach pewnie skomentowałaby prześmiewczo ten typowo męski kod, ale ponieważ sprawa była delikatna, również i policzki Halvor zarumieniły się w związku z tematem, na jaki zszedł cały dialog. Nim więc odezwała się ponownie, odchrząknęła znacząco. – Ja nie o to pytałam – mruknęła w odpowiedzi, odwracając wzrok w stronę zupełnie przeciwną od spojrzenia Noela. Z tym, że to należące do Jamesa tym razem wcale nie niosło swobody i poczucia bezpieczeństwa, toteż westchnęła raz jeszcze.
Więc o co chodzi? – rzucił ewidentnie zniecierpliwiony już Noel, nie kryjąc malującej się na jego twarzy dezorientacji. Nie należał do grona tych najbystrzejszych uczniów, jego oceny były raczej średnie, a umiejętność logicznego myślenia w dużej mierze ograniczała się do analizowania strategii, którą wraz z drużyną miał wykorzystać na boisku podczas meczu, toteż bycie zaczepianym przez dziewczyny z Hogwartu w tak krótkim odstępie czasowym i to bez żadnego konkretnego powodu wpędzało go w poczucie zdenerwowania.
A ty jesteś jedną z osób, o których w ostatnim czasie mówiła – dodała po Puchonie, dość szybko uświadamiając sobie, że odpowiednie ujęcie tego w słowa mogło być kluczem do nie tylko połechtania chłopięcego ego, ale przede wszystkim dotarcia do brzegu w tej dość trudnej przeprawie – często i sporo. – Ciężko było poruszać się po tej konkretnej powierzchni bez odpowiedniego przygotowania i wiedzy na temat tego, jak dokładnie wyglądała na dzisiejszy dzień znajomość Narson i Noela, ale to wcale blondynki nie zniechęcało. Jeżeli musiałaby pewne kwestie ustalić sama, była gotowa się tego zadania podjąć.
Zwłaszcza ze wsparciem, które miała tuż za plecami, a którego kolejne słowa sprawiły, że również jej własne ego poszybowało do góry prawie jednocześnie z głową. Zadarła ją wysoko jak chyba nigdy wcześniej (bo nie bywała próżna czy zadufana w sobie), a triumfalnie wypięta do przodu pierś idealnie współgrała z czającym się w kącikach warg uśmiechem. Była dumna, choć sama nie była pewna, czy bardziej dlatego, że stanął w jej obronie, czy dlatego, że to właśnie jego mogła określać mianem swojego chłopaka. Może chodziło o cały pakiet.
Łapię. Wyluzuj, stary – odparł Noel, unosząc obie dłonie w geście sugerującym całkowitą kapitulację. Nie zamierzał się z nimi kłócić, bo problemy były ostatnim, czego potrzebował, szczególnie po porannych wydarzeniach. – Ale tamta naprawdę zachowywała się jak wariatka – dodał jakby na swoje usprawiedliwienie, spojrzeniem wracając do oczu Halvor. Sprawiał wrażenie gotowego dodać coś jeszcze, ale komentarz boiskowego przeciwnika skutecznie zmienił jego plany. I nastawienie, bo Jimmy po prostu go wkurzył. – Jaki masz problem, człowieku? Marzy ci się, żeby ciebie też zaczepiła? Ona tego nie robi? – fuknął, głową kiwając w stronę Hartley, która była już nieco zmęczona tym pokazem męskiej siły, dlatego - dla pewności i własnego bezpieczeństwa - wkroczyła między nich.
Hej, wystarczy. Po pierwsze nie rozmawiamy o tym, czy i jak go zaczepiam – rzuciła markotnie, spoglądając na Puchona, by w niemy sposób dać mu do zrozumienia, że nie powinien był odpowiadać na rzuconą przez Noela zaczepkę, bo zamierzała poradzić sobie z nią sama. – A po drugie kim była ta dziewczyna? I czemu sądzisz, że zachowywała się jak wariatka? – dopytała, a uniesienie jednej z brwi miało być sygnałem, że pytała poważnie i że była gotowa na poznanie szczegółów - jakiekolwiek by one nie były.
Niech będzie – mruknął bez entuzjazmu. – Kojarzę ją tylko z widzenia. Nazywa się Romy. Albo Rami? Nie jestem pewien. Zaczepiła mnie na korytarzu, chociaż nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. Pytała o różne rzeczy. Jak się mam, co planuję po szkole, kiedy gramy mecz. Poprosiła nawet, żebym wytłumaczył jej zasady quidditcha. Czaicie? Mówiłem. Wariatka. – Nonszalanckie wzruszenie ramionami było ostatnim, czym ich uraczył, wierząc, że podzielą jego zdanie co do zachowania tamtej dziewczyny.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

To, na czym należało się tego dnia skupić, było akurat jasne. Gdyby okoliczności były inne, Halvor i James chowaliby się w najciemniejszym kącie najciemniejszego korytarza i robiliby to, co zwykle robią ze sobą nastolatki w stanie euforii, wywołanej pierwszym, poważnym zauroczeniem; Hartley wróciłaby w końcu do swojego dormitorium ze spierzchniętymi wargami i zdobyczną bluzą, Skowronek z przypadkowo nabytą malinką i niekoniecznie czystymi myślami, a największym problemem byłoby po pierwsze – zasnąć, a po drugie – przetrwać do końca zajęć i zaserwować sobie powtórkę z rozrywki. Niestety, w tak zwanym międzyczasie, sytuacja mocno się skomplikowała, a pozornie zażegnany, wakacyjny kryzys natury kryminalno-obyczajowej nieoczekiwanie nabrał tempa na nowo i obrał tak dramatyczny kierunek, że migdalenie się w zamkowym zaciszu było na samiutkim końcu listy rzeczy do zrobienia. I o ile co do tego tyczkowaty Puchon (choć z bólem serca) nie miał żadnych wątpliwości, o tyle następne kroki były mu tajemnicą i szczerze liczył na to, że to blondynka będzie – tak jak zawsze zresztą – mieć jakiś plan.
- To o co mnie pytasz? – Noel zaczynał się męczyć. Ostatni raz w podobny sposób przesłuchiwała go starsza siostra po tym, jak przyłapała go na robieniu maślanych oczu do jednej z jej koleżanek, ale to przecież było już ze trzy lata temu, a poza tym zrobił się bardziej dyskretny w swoim ślinieniu się do dziewcząt i z godnością przeżywał swoją pozycję na rynku matrymonialnym (to znaczy tak sobie wmawiał, tak naprawdę był po prostu nieco zbyt zawstydzonym nastolatkiem z kompleksami, których na pęczki jest w każdym przeciętnym liceum). Zresztą, to nie wspomnienie po tamtym zażenowaniu odbijało mu się teraz czkawką, a strach przed nowym: że się coś powie, a do czegoś przyzna i za parę dni stanie się najnowszą ofiarą szyderstw tych najbardziej złośliwych dzieciaków z Hogwartu. – Wiesz co? Sorry, ale ja naprawdę nie wiem, o co Ci chodzi. Zapytaj o co chcesz i mnie puść. Szkoda czasu – dodał buńczucznie, zadzierając głowę do góry. W ten sposób próbował okłamać przede wszystkim własne sumienie i wmówić sobie, że to on miał kontrolę nad sytuacją i że nic mu nie groziło.
Wobec nich był za to szczery: nie chciał z nimi rozmawiać i im nie ufał. Gryfoni nigdy nie powinni nikomu ufać.
- Naprawdę o mnie mówiła? Co takiego? – Rozpromienił się, dumnie unosząc spojrzenie. To jedna rzecz umówić się na jakiś projekt albo inne korepetycje, wszak to jeden z wielu elementów edukacji, ale kiedy stajesz się tematem psiapsiółkowych rozmów, to już powoli możesz witać się z gąską, nie? No weź, powiedz, że tak. – Eh, no dobra – zaczął tak, jakby miał im zdradzić całą prawdę o planie zamachu na życie tego obrzydliwego Michaela, tym samym pompując balonik w stylu dziennikarzy przed występem polskich piłkarzy na jakimkolwiek wielkim turnieju, więc kiedy zrzucił na nich tę bombę, to (przynajmniej z Jamesa) powietrze uszło w iście bajkowy sposób. Z hukiem. – Zapisałem się do kółka poetyckiego i tak jakoś wyszło – aha – że z naszego roku chodzi na nie tylko Narson, więc pomyślałem, że się zgadamy. Wiecie, żeby było raźniej, czy coś – wytłumaczył się. Zdawało się, że nie mógł mieć już bardziej czerwonych policzków, ale tym razem aż go zapiekły, więc wykorzystując ich rozczarowanie, dodał jeszcze. – Tylko nikomu nie mówcie, dobra?
- To Halvor, a nie żadna „ona” – James odburknął mu w iście bojowym tonie, a na końcu języka miał już przygotowane kilka ripost, z których mógłby wybierać na podstawie kryterium chamstwa: to znaczy, czy chciałby być dla Noela chamski do sześcianu, czy tylko do kwadratu, ale na szczęście, nomen omen – również i swoje, bo rykoszetem mogła oberwać jej skromność, Krukonka weszła mu w słowo i bez wysiłku ograniczyła jego prawo do swobodnej wypowiedzi. – To nie ma sensu – wycedził zatem Skowronek przez zaciśnięte zęby, wcześniej fizycznie zresztą gryząc się w język i głośno wypuszczając powietrze przez nos. Gdyby nie to, że jasnowłosej czarownicy powolutku udawało się rozbrajać Noela, po prostu by sobie stamtąd poszedł, ale Gryfon wreszcie zaczął mówić konkretnie. I przede wszystkim interesująco.
- Remy, Remy, nie Romy! – Jim podniósł głos w połowie wywodu. Sam nie był święty i właściwie to nie podejrzewał się o aż taką kindersztubę, ale działało mu na nerwy to lekceważące podejście chłopaka – tu wariatka, tam ona albo źle zapamiętane imię; jakby uwziął się na te wszystkie dziewczęta i cynicznie tak o nich mówił, żeby im umniejszyć. Ponieważ jednak Halvor ścięła go wzrokiem – szturchnęła albo po prostu kazała się zamknąć (to mogłoby mu się spodobać najbardziej) – zamilkł i wrócił do tematu dopiero, kiedy ścigający Gryffindoru postawił kropkę. – Remy, Halvor. On mówi o Remy – nie musiał jej tego tłumaczyć, wszak na pewno sama to wywnioskowała jeszcze zanim próbował wejść w słowo Noelowi, ale zależało mu, żeby to podkreślić, bo sam też był ofiarą różnych zagrywek z jej strony, ku niezadowoleniu blondynki zresztą. – Okay, bez pucy, ale masz rację. To straszna dzikuska. Zwracam honor – rzucił. Zabawny był to obrazek, bo ani nie biła od niego skrucha, ani jakaś chęć pojednania, ale mimo nieporozumień i gęstej atmosfery był w stanie ocenić coś na chłodno w takim typowo męskim, niezbyt logicznym stylu. Hormony szalały, co tu dużo mówić. Żeby jednak nie wyjść na tego słabszego samca w stadzie, niemal natychmiast odchrząknął i zwrócił się do Halvor. – Poczekam na dziedzińcu. Ze mną i tak nie chce gadać – mruknął niby półgłosem, ale wystarczająco donośnie, żeby i Noel to wszystko słyszał; uśmiechnął się przy tym cwaniacko, a potem rzucił mu przelotne spojrzenie i z udawaną pewnością siebie musnął ustami kącik warg Krukonki w iście terytorialnym geście. – Orientuj się – rzucił na odchodne jeszcze do Noela, przechodząc obok niego tak blisko, że tylko milimetrów brakowało, żeby zahaczyli się barkami, a potem naciągnął kaptur na głowę i zniknął za rogiem, w korytarzu prowadzącym na ten nieszczęsny dziedziniec.
- I co teraz? – zapytał Gryfon, gdy odgłos stawianych przez Jimmyego kroków zaczął dochodzić do nich już wyłącznie echem. – Słuchaj, musisz mi wierzyć. Ja naprawdę nie mam nic złego na myśli. Przecież ona się wszystkim podoba. On powie Ci to samo – to nie tak, że brał rewanż i próbował wepchnąć go na minę, ale musiał się czegoś chwycić, żeby uwiarygodnić swoje zamiary wobec Narson. – Mogłabyś ją poprosić, żeby się ze mną zobaczyła?

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Rozpromieniła się również Halvor. Może było to wobec Noela bardzo nie fair, ale tak zarzucona przynęta przyniosła odpowiedni skutek, a w tej sytuacji - nieprzyjemnej, dość skomplikowanej - było im to po prostu potrzebne i zwyczajnie na rękę, nawet jeżeli wcale nie zależało jej na tym, by pogrywać z jego uczuciami. Szczególnie, że wcale nie rozmijała się z prawdą, bo przecież Narson wielokrotnie wspominała o chłopaku z Gryffindoru.
Może – mruknęła, odwracając wzrok od spojrzenia Noela. Kąciki jej warg wciąż unosiły się w subtelnym uśmiechu, ale to wcale nie było jednoznaczne z wypracowaniem kompromisu. Choć miała to być transakcja wymienna na bazie informacji za informację, to jednak blondynka nie zamierzała uchylić rąbka tajemnicy jako pierwsza. Tym bardziej zatem cieszyło ją to, że Gryfon wyrwał się do odpowiedzi i zdecydował się na zwierzenia, chociaż to, co padło, nijak było kompatybilne z tym, co w swojej głowie zdążyła wymyślić Halvor. Jej dezorientacja bynajmniej nie dotyczyła jednak osoby chłopaka, a raczej przyjaciółki, której przebojowość i szalone pomysły nijak pasowały do miejsca i otoczenia, w którym czytało się poezję i dyskutowało na temat
Narson chodzi na kółko poetyckie? – powtórzyła, chcąc mieć pewność, że ani się nie przesłyszała, ani że Noel nie robił sobie z niej żartów. Jego prośba o zachowanie dyskrecji brzmiała jednak na tyle poważnie, że Halvor całkowicie porzuciła rozbawienie. Przygryzając dolną wargę, z trudem powstrzymała się przed kolejnymi pytaniami pokroju jak, gdzie, kiedy. Nie to przecież było w tym momencie najważniejsze. – Nie powiemy – zapewniła krótko, spoglądając na Skowronka w sposób wystarczająco porozumiewawczy, by miał świadomość, że była to obietnica złożona zarówno w imieniu swoim, jak i jego. Robienie Noelowi pod górkę nie było przecież ich celem, zwłaszcza w momencie, w którym jedna z Krukonek wykazywała się wobec niego daleko idącą słabością. Halvor zaczynała nawet podejrzewać, że całe to kółko również dla Narson było jedynie pretekstem do tego, by nieco częściej Noela widywać, ale ponieważ informacji wciąż mieli zdecydowanie za mało, to wolała nie tworzyć osądów. To była bardzo delikatna sprawa.
Aha – odburknęła, kiedy w końcu udało im się spotkać w połowie drogi i ustalić personalia tajemniczej dziewczyny z korytarza. Ta akurat część dialogu nie niosła ze sobą ani odrobiny zadowolenia, wszak nie było tajemnicą, że Hartley ani za wspomnianą Remi nie przepadała, ani tym bardziej nie podobało się jej to, że ta zdecydowanie za często kręciła się wokół Jamesa. – Jak myślisz, czego chciała naprawdę? Bo chyba nie porozmawiać o quidditchu? – dopytała, celowo ignorując opinię Puchona o Remi. Nawet jeżeli ta pokrywała się z tym, co myślała o niej sama Halvor, a Skowronek ani przez moment nie był winny temu, że również należał do dość szerokiego grona zainteresowań koleżanki z roku, to jednak temat sam w sobie był po prostu drażliwy.
Nie mam pojęcia. Sądziłem, że jest po prostu dziwna. Albo niezrównoważona. Uważasz, że mogła czegoś chcieć? – zagaił Noel, szczerze ożywiony. Zupełnie tak, jak gdyby nagle odkrył drugie dno tego niedawnego spotkania z Remi i wywęszył coś, co mogłoby wnieść nieco kolorów do jego codziennego życia. Ponieważ jednak nie do końca umiał jeszcze określić, czym dokładnie to drugie dno było, szczerze liczył na wsparcie ze strony Halvor. Bo na Jamesa tylko łypnął spode łba, z trudem ignorując kolejną już tego dnia zaczepkę. – Twój chłopak to straszny zazdrośnik – skwitował, parskając śmiechem. Widać było, że ewidentnie się rozluźnił, choć wcale nie w negatywnym, prześmiewczym sensie. Po prostu odetchnął z ulgą, licząc, że rozmowa z samą Halvor mogłaby przebiec w nieco milszej, spokojniejszej atmosferze. Poza tym widział w tym szansę na dowiedzenie się czegoś więcej o tym, co na jego temat mówiła Narson.
Myślę, że to pokłosie dzisiejszych wydarzeń – skomentowała, odprowadzając Jamesa wzrokiem. Nie byłoby kłamstwem stwierdzenie, że z nim u boku czuła się dużo pewniej, ale jednocześnie wiedziała, że przy nim zupełnie przeciwnie czuł się Noel. Poza tym nie trzeba było być geniuszem, by mieć świadomość, że po tym spotkaniu i tak zamierzała wszystko Skowronkowi zrelacjonować. – Więc Noel... – zaczęła, robiąc kilka kroków przed siebie, co niejako miało być dla Noela sygnałem, że również on powinien był ruszyć się z miejsca, aby mogli się przespacerować wzdłuż korytarza. – Wiem, że wszystkim się podoba – ucięła krótko, niepewnie spoglądając w stronę, w którą przed momentem udał się Jimmy. Tym razem to chyba ona naiwnie połknęła zarzuconą przez Gryfona przynętę. Był to wprawdzie zaledwie ułamek sekundy i Halvor naprawdę nie chciała, by brak wiary w siebie i wrodzona nieśmiałość popchnęły ją w stronę myśli, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, ale uroda i charyzmatyczne podejście Narson do ludzi i świata były nie tylko znane, ale i dość intensywne. I mogły działać; na Mike'a, na Noela, może na Skowronka też.
Westchnęła ciężko.
Więc byliście umówieni w bibliotece, ale nie dotarłeś na to spotkanie, bo zatrzymała cię Remi. A ty nie chciałeś, żeby cię zatrzymywała. I wcześniej nie miałeś z Remi do czynienia – podsumowała lakonicznie, chcąc jak najszybciej zebrać w całość wszystkie znane im fakty.
Naprawdę nie chciałem się spóźnić – zapewnił, intensywnie wpatrując się w oczy Halvor. – Poprosisz ją? Chcę tylko pogadać i wyjaśnić, dlaczego nie przyszedłem. To znaczy przyszedłem, ale za późno. Nie znam tej wariatki. I nie wiem, czego mogła ode mnie chcieć.
Narson nie czuje się dziś najlepiej – wyznała wcale tak bardzo nie kłamiąc. Wątpiła, że po tak trudnym poranku przyjaciółka będzie miała ochotę chociażby na to, by wieczorem zjawić się na kolacji. – Ale przekażę jej, że rozmawialiśmy. Nie wiem, czy się do ciebie odezwie i ja nie zamierzam jej zmuszać, ale... postaram się pomóc – zapewniła z uśmiechem, nie spodziewając się, że akurat ten gest Noel mógłby odwzajemnić. – Ale ja też mam prośbę. Gdyby Remi znów się do ciebie odezwała, daj mi znać. Albo Jamesowi. W porządku? – poprosiła miękko, a kiedy chłopak kiwnął głową na znak zgody, dodała jeszcze tylko krótką prośbę o dyskrecję również co do ich obecnego spotkania i tematu rozmowy. Dopiero wtedy się pożegnali, a Halvor - upewniwszy się, że dookoła nie było nikogo niepożądanego - ruszyła w kierunku dziedzińca, gdzie na jednej z ławek dostrzegła siedzącego Jamesa.
Strasznie dziwna sytuacja – podjęła na dobry początek, przysiadając na skraju ławki, kilka centymetrów od chłopaka. – Twierdzi, że nie zna Remi i ja mu wierzę. Czemu go zaczepiła tak bez powodu? Chciała, żeby się spóźnił? To w jej stylu. Ale musiałaby wiedzieć o spotkaniu. Lub może to był tylko niefortunny zbieg okoliczności? – zasugerowała, chcąc poznać jego opinię, przy jednoczesnym i dość skrupulatnym unikaniu spotkania ich spojrzeń.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

Pogrążony w niezręcznej ciszy Wybrukowany Dziedziniec zdawał się mieć wyjątkowo leniwe popołudnie. Wypełniony zwykle o tej porze niemal po brzegi rozświergotanymi uczniami, tym razem gościł ich co najwyżej większą garść i to w dodatku strategicznie rozsianą po całej powierzchni, jakby – zgodnie z planem – szeptane rozmowy nie miały szans dotrzeć dalej, niż do uszu adresata. Wrześniowa aura sprzyjała zresztą tej melancholii; pierwsze podmuchy rześkiego, jesiennego wiatru siłowały się ze słońcem, próbując zepchnąć je na drugą stronę nieboskłonu, natomiast jego złociste promienie coraz dyskretniej przypominały o wakacyjnych upałach, jakby ostatnimi smagnięciami blednącej cery składały obietnicę, że jeszcze tu wrócą. Tylko dzikie wino i mech, porastające mury zamczyska, nie dawały się jeszcze za wygraną i perfidnie ślizgońską zielenią dawały nadzieję, że to jeszcze nie koniec.
Zignorowany (!!!) Jim siedział na ławce nieopodal fontanny. Z wciśniętymi w kieszenie dresowej bluzy dłońmi, zblazowanym spojrzeniem przeczesywał podwórze, tylko co jakiś czas zatrzymując je na dłużej: na jakimś bliżej nieokreślonym punkcie albo którejś z twarzy, próbując przypisać jej imię, dom, czy konkretną sytuację. Czuł się trochę jak ten jeden błyskotliwy, choć krnąbrny glina na tropie rozwiązania zagadki w najbardziej nieoczywistym miejscu, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia, czego szukał akurat w tym miejscu i pośród tych uczniów. Byli wszak zdezorientowani przynajmniej tak bardzo jak on i po prostu nie mogli wiedzieć więcej od niego. To strata czasu.
W oczekiwaniu na Halvor zależało mu na zabiciu go jednak jak najwięcej, więc nie miał do siebie pretensji. Niby równie dobrze mógłby być przy niej i choćby samą obecnością wspierać ją w rozmowie z Noelem, ale nawet nie pomyślał o tym, że mogłoby jej na tym zależeć, a poza tym i tak układało się tak, jakby po prostu przeszkadzał, także znacznie wygodniej było mu tego nie robić na świeżym powietrzu i w pozycji siedzącej. Zresztą – potrzebował chyba takiej chwili tylko dla siebie, bo w tym bezruchu jeszcze do niedawna mocno spięte mięśnie rozluźniły się, a i myśli odbiły w rejony znacznie przyjemniejsze od bliskich grobowym problemów, spisków i tajemnic. To śmieszne, ale nawet jeszcze dzisiejszego poranka właśnie tak wyobrażał sobie nadchodzący rok szkolny: to znaczy w ciągłym oczekiwaniu na swoją jasnowłosą Krukonkę i to w oczekiwaniu niecierpliwym, cokolwiek dorośli mugole przez tę „swojskość” rozumieli (on był bardziej dziecinny).
Los miał jednak inne plany.
- W porządku? – kiwnąwszy do niej z oddali głową, zapytał dopiero, gdy usiadła, nie przywiązując przy tym zbyt dużej wagi do dzielącego ich dystansu. Było jeszcze za wcześnie, żeby zwracał uwagę zwłaszcza na tak subtelne komunikaty. – Skoro mu wierzysz – przypadkiem pomyślał na głos, cedząc bez entuzjazmu pod nosem i wzruszył ramionami. I okay, tak – był znudzony i humorzasty (żeby nie powiedzieć zazdrosny), ale chodziło mu również o to, że przede wszystkim oboje powinni ufać Narson, i właśnie na tym się skupiał. – A może coś podsłuchała? – Dumał, bacznie przyglądając się profilowi Halvor. Dobrze znał tę skoncentrowaną minę, ale teraz wydawała mu się jeszcze bardziej zdeterminowana niż zwykle i nawet jeśli to zbyt dobrze nie świadczyło o jego skupieniu, to strasznie mu się taka podobała. – To znaczy – musiałaby mieć jeszcze jakiś powód, żeby to wykorzystać, ale… No wiesz. Narson bywa… Głośna – ostrożnie zasugerował, potrząsając ramionami. – Myślisz, że Remi coś do niej ma? – Jim ożywił się. – Zawsze Ci mówiłem, że jest śliska, ale nie groźna, natomiast jak tak teraz o niej myślę… Tylko skąd wziął się Mike? Niby czepia się lasek, ale to wybredny gnojek. Raz powiedział, że Ryles jest dla niego za gruba. Rozumiesz? Dla niego. Za gruba. Ryles. – Wywrócił oczami. Niby jako parka antagonistów pasowali do siebie całkiem nieźle, ale w ograniczonym, licealnym i przede wszystkim męskim rozumowaniu Jamesa – zaledwie charakterami, bo estetycznie raczej nic nie grało, a jak wiadomo – w tym wieku to przecież liczy się najbardziej. – A jeśli to był zbieg okoliczności – podjął po chwili, dumnie podnosząc głowę do góry: znów jak ten bohater filmu, bystrym spojrzeniem skanując okolicę. – to co miało się stać Noelowi, żeby nie przeszkodził Mike’owi? – zapytał, potrząsając ramionami.
Nie. To nie mogło wydarzyć się przypadkiem. Ktoś za tym stał.
- Wiesz w ogóle, dlaczego poszedłem na górę? – zagadnął, przysuwając się do Halvor. – Jak przyszedłem pod schody, był już straszny tłum i tak naprawdę nie widziałem, co się stało. Ale za to zobaczyłem Irytka i… Strasznie krzyczał, wiesz? A potem zaczął uciekać – opowiadał szybko i półgłosem, tak jakby czas nie tylko ich gonił, ale jeszcze naprawdę chciał usłyszeć, o czym jej szeptał. Tak naprawdę jednak był to pierwszy raz, kiedy wracał do tamtej sytuacji i zależało mu na tym, żeby po drodze niczego nie zapomnieć, więc celowo nie dopuszczał jej do głosu, popychając krótką historyjkę do przodu. – Więc wskoczyłem za nim na schody. Miał przewagę, ale w końcu dogoniłem go na tyle, żeby zrozumieć, co mówił i… Cholera – jęknął. – Nie powiem Ci, co dokładnie gadał, bo to było totalnie cringowe, ale myślałem, że chodzi mu o nas. W sensie, no wiesz – to była jakaś rymowanka, że niby Krukonka i Puchon, i coś o łapaniu za tyłek, a potem coś, że nie wyszło. I że to karma. – Zarumienił się na twarzy, może od zadyszki, a może ze względu na treść recytowanej przez ducha Fraszki, natomiast nawet piekące policzki go nie zatrzymały. Jeszcze nie. – Chciałem go zrugać i w ogóle, ale uciekł mi w Sali Trofeów i… I tam znaleźliśmy Narson. Dupek – skwitował, podnosząc wzrok na Halvor. – A co jeśli wcale nie mówił o nas?

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Tak. Chyba... w porządku – odpowiedziała krótko, wzrokiem wciąż przesuwając po jakimś bliżej nieokreślonym punkcie na murze budynku szkoły; zupełnie tak, jak gdyby tym razem i to z powodów nieznanych nawet przez nią szukała ukojenia nie w osobie Jamesa, ale jakimś nieco bardziej przypadkowym elemencie swojego otoczenia. Dziedziniec był opustoszały, a dookoła panowała nieswoja cisza, co o tej porze teoretycznie było czymś w pełni zrozumiałym, skoro w normalnych okolicznościach trwałyby właśnie zajęcia, ale w praktyce miało związek z przeżyciami dużo poważniejszymi niż sprawdzian z historii magii czy ważenia eliksirów, dlatego nieprzyjemny dreszcz raz jeszcze przemknął wzdłuż dziewczęcego kręgosłupa. Zwłaszcza, że kwestia tego, komu i w co powinni byli wierzyć, zdawała się być skomplikowana bardziej, niż by sobie tego życzyli, toteż Halvor wolała nie rzucać zbyt wielu oskarżeń i nie sugerować zbyt wielu możliwości, bo stawiane hipotezy mogłyby znacząco utrudnić im faktyczną ocenę sytuacji. Nie żeby z posiadanych informacji byli w stanie wykrzesać cokolwiek sensownego. Pytań wciąż było za dużo, a na horyzoncie nie jawiło się zbyt wiele odpowiedzi. To było kiepskie połączenie.
Głośna? – powtórzyła za nim, z pełną odpowiedzialnością akcentując to jedno słowo i posyłając w stronę Jamesa pytające spojrzenie; miała wrażenie, że to znowu była część jakiegoś męskiego kodu, jak sprzed kilku chwil, gdy on i Noel dosadnie rozumieli, co oznaczało, że Narson podoba się wszystkim, a ona potrzebowała kilku dodatkowych sekund na połączenie wszystkich kropek. Na domiar złego obrazek, który pojawił się w jej głowie obecnie, wcale nie przypadł jej do gustu, a z zadania pytania wprost zrezygnowała tylko dlatego, że chyba po prostu bała się ewentualnej odpowiedzi, bo mogłoby się okazać, że wcale nie chodziło o zdolność zwracania na siebie uwagi wszystkich dookoła, a o coś... innego. – Przecież Narson podoba się wszystkim. – Znów położyła dość mocny nacisk na ostatnie słowo, szczerze zaciekawiona, czy do tej grupy faktycznie zaliczali się wszyscy: dosłownie i w przenośni, włącznie z siedzącym tuż obok Skowronkiem. Z jednej strony Hartley wiedziała, że to był raczej kiepski pierwszy oficjalny dzień ich związku, z drugiej zaś ilość bodźców, którymi byli od samego rana bombardowani z każdej niemal strony, mogła okazać się przytłaczająca i Krukonka chyba nie do końca sobie z tym ciężarem radziła.
Może Remi i Mike to wszystko zorganizowali? Wiedzieli, że Noel i Narson mieli się spotkać, więc Remi go zatrzymała, żeby Mike mógł iść do biblioteki. Ale po co mieliby sobie zadać tyle trudu? I co ma z tego Remi? – Bo to, że Narson nie umówiłaby się z Mike'm w jego normalnej postaci oraz, że dla Puchona ten plan okazał się tragiczny w skutkach, już wiedzieli. To jednak rodziło kolejne pytania, na przykład związane z tym, czy Remi była w pobliżu, gdy w ogóle doszło do wypadku, jak wiele widziała i co ewentualnie zamierzała z tą wiedzą zrobić. Niespodziewanie ta śliska, ale niegroźna znajoma z roku okazała się osobą, którą należało uważnie obserwować i która mogła okazać się niebezpieczna.
Hartley poruszyła się niespokojnie, gdy kolejne słowa Jima dotarły do jej uszu. Z ciekawością, ale i niepewnością usadowiła się na ławeczce tak, by siedzieć na wprost chłopaka.
Dlaczego? – dopytała, na swój sposób ponaglająco; w ciągu ostatnich kilku godzin wydarzyło się zdecydowanie zbyt wiele, by trzeba było budować niepotrzebne napięcie. Kiwała zatem głową, gdy James dzielił się z nią kolejnymi informacjami, tylko w jednym momencie przerywając po pełnym dezaprobaty westchnięciem, wszak stanie się tematem tworzonych przez tę cholerną zjawę wierszyków nie było osiągnięciem, na jakim w szkolnej karierze (lub jakiejkolwiek innej) specjalnie jej zależało. – Myślisz, że chodziło o Narson i Mike'a? Że nie wyszło ich spotkanie, a ten upadek to – podjęła, starając się strzępki fraszki dopasować do tego, co faktycznie działo się obecnie w murach Hogwartu – karma za to, że znów próbował się do niej dobierać? – Obecnie szeptała również ona, choć była to raczej konsekwencja tego, jak dyskretny próbował być Jimmy, nie zaś faktycznej obawy o to, że ktoś mógłby ich podsłuchiwać. Byli na dziedzińcu zupełnie sami, co było przerażające, ale niosło też ulgę, bo Halvor wcale nie miała ochoty znowu stać się obiektem zainteresowania wszystkich postronnych gapiów.
Irytek coś widział – podsumowała krótko, tak naprawdę nie będąc pewną, czy bardziej chciała utwierdzić w tym przekonaniu siebie, czy Puchona. Halvor ewidentnie się ożywiła, czując trop i przy okazji krew. Mało było to do niej podobne, ale na szali leżało przecież dobro przyjaciółki. – Może uda nam się jakoś go podejść i coś z niego wyciągnąć? Możemy też przyjrzeć się obrazom, które wiszą w okolicy schodów, Sali Trofeów i na piętrze, tam skąd spadł Mike. Ktoś musiał coś widzieć. McGonagall też weźmie to pod uwagę i na pewno będzie rozmawiać z duchami, więc nie mamy zbyt dużo czasu, żeby porozmawiać z nimi jako pierwsi – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu, dopiero po chwili orientując się, że... wymagała od niego naprawdę wiele. Może nawet zbyt wiele i to w momencie, w którym zostało im zaledwie kilka miesięcy nauki, kiedy miał zostać kapitanem drużyny i kiedy nie powinni byli narażać się na to, by wpaść w kłopoty.
Nie musisz iść ze mną. Mogę załatwić to sama – zapewniła po chwili ciszy, spoglądając mu w oczy; głęboko i czule, by wiedział, że nie chodziło o chęć odsunięcia go od sprawy z powodu wygórowanych ambicji czy chęci bawienia się w samozwańczego detektywa. Nie chciała, by miał kłopoty.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

- No tak. Głośna – rzucił bez namysłu, potrząsając ramionami. – No wiesz, o co mi chodzi. Wygadana, o. – Biedactwo; zamiast odbiec od tematu i taktycznie go przemyśleć, jeszcze kuł żelazo i prawdopodobnie pogarszał swoją sytuację. Sam też przecież wolałby – to znaczy może jeszcze nie teraz, bo teraz się nad tym nie zastanawiał, ale za tydzień albo miesiąc już tak – żeby nie interesowała się jego ziomkami, a już na pewno nie chciałby, żeby ich (trafnie) oceniała. Było jednak za wcześnie, żeby takie zależności rozumiał. Jeszcze wczoraj tęsknił za nią tak, jak tęskni się za straconą przyjaźnią, a już dziś jego świat musiał orbitować przede wszystkim wokół niej i tak „z godziny na godzinę” po prostu trudno było nabyć całą wiedzę zapisaną w książkach typu „związki dla początkujących”. To wymagało czasu. – Eeeeeeee – przeciągnął zaskoczony, unosząc brew do góry; trochę jak w tym memie w stylu „to był ten moment, w którym zrozumiał, że zjebał”. Refleksja przyszła zatem szybko. Wniosków co prawda było z milion i sam nie wiedział, który zadecydował o tym, że nie zareagował od razu kpiącym „serio?”, ale wystarczyło, żeby ugryźć się w język i wziąć głęboki oddech. – Może i wszystkim – burknął nonszalancko, otwarcie walcząc z promiennym uśmiechem, który coraz bezczelniej malował mu się na twarzy. Oto Halvor była o niego zazdrosna, a na tym etapie znajomości ten stan rzeczy bardzo mu odpowiadał; to po prostu fajne uczucie, że tak bardzo jej na nim zależało. Spodobało mu się. – Ale ja nie jestem wszyscy – dodał, dumnie podnosząc głowę. Do pełnego efektu brakowało mu trochę tego, żeby jednak usiadła bliżej (swoją drogą teraz zauważył ten dystans i trochę go zabolał), ale to ostatecznie jej strata, że w ten sposób przegapiła swój filmowy main character moment z jakimś wymownym, pieczętującym jego słowa gestem w tle. Musiało jej zatem wystarczyć to spojrzenie; może i przelotne, ale za to całkiem wyraziste i pewne.
- Nie wiem. – Rozłożył ramiona. Wymagała za dużo – Skowronek mógł jej wyjaśnić, dlaczego drużyna Jednorożców z Liverpoolu wystawiała samych szybkich i zwrotnych zawodników albo co znaczy mugolskie „delulu”, ale mniej więcej w tym miejscu kończył się zakres jego możliwości intelektualnych i nie mogła się spodziewać, że nagle zostanie ekspertem w dziedzinie dedukcji i tropienia magicznych przestępców. To wymagało wszak zbyt głębokiego myślenia, a to nie było przecież jego najlepszą stroną, o czym przekonała się zresztą sama, czekając aż zaczepi ją o coś na magbooku po wyjeździe z obozu. – Może po prostu leci na Noela? Wiesz, skoro podoba się Narson, to może… – urwał. Wbrew pozorom nie był taki cwany i nie próbował na nią zastawić pułapki, ale jak na razie to Halvor lepiej odnajdywała się w tej sytuacji, więc mimo wszystko trochę ryzykował. Zwłaszcza, że trochę jednak na tego biednego chłopaka nawarczał. – Tylko to wciąż strasznie dużo roboty, żeby zagadać jakiegoś ziomka, nie? – Nie dodał na szczęście, że „Ty byś tak nie zrobiła”, bo to porównanie cisnęło mu się na język; intencje miał co prawda dobre i nic złego jej nie zarzucał, ale to przede wszystkim całokształt sytuacji wydawał mu się abstrakcyjny. – Zresztą… Przecież wiedziała, co próbował jej zrobić. I jest laską. Nie pomogłaby mu w tym. Nie wierzę – westchnął. Nie rozumiał jeszcze wielu aspektów dorosłości i na wiele rzeczy patrzył jeszcze bardzo infantylnie, ale akurat tego typu lekcje solidarności to odbierał na swoim osiedlu, od starszych kumpli-mugoli, którzy kierowali się w życiu bardzo prostymi i surowymi zasadami, więc to przyszło mu łatwiej niż wiele innych, trudnych kwestii. Pozostawała tylko jedna wątpliwość. – Musiała wiedzieć, nie?
Skowronek ciężko westchnął.
- Nie jestem pewien – przyznał się, rozcierając w zmieszaniu policzki. – Jeśli chodzi o Narson i Mike’a, to o co chodzi z tą pierwszą zwrotką? Przecież ona świadomie nie pozwoliła mu się dotknąć, a Irytek gadał tak, jakby zostali parą, czy coś w tym stylu. To nie ma sensu – ocenił, nie spuszczając jej z oczu. To nie tak, że robił to dla poklasku (bo nie robił, szanujmy się: był głupim licealistą i myślał o głupotach, ale żerowanie na cudzej krzywdzie nie było mu w głowie), ale po cichu zależało mu na tym, żeby doceniła jego starania. Albo przynajmniej – żeby wiedziała, że jemu też zależało. – Z drugiej strony… Jaka miałaby być nasza karma – dopytał niezgrabnie, wzruszając ramionami. Oczywiście gdyby fraszka Ducha miała być o nich, to należałoby ją doprecyzować, bo James wcale jej nie złapał za tyłek (bał się, ok?), ale nawet gdyby, to czego powinni się spodziewać.
A może chodziło zupełnie o kogo innego?
- Sam nie wiem – mruknął cicho, odwracając na chwilę wzrok. Nie wymiękał, bo nie tego uczą na Ulicznym Harvardzie w Millwall, natomiast nie był pewien, czy mieli szansę cokolwiek ustalić. W końcu byli tylko parą smarkaczy i w dodatku tylko jedno z nich dysponowało jakimikolwiek umiejętnościami, które mogłyby pomóc w takiej misji. Jim mógł przecież najwyżej komuś przypierdolić, ale akurat na Irytku to nie zrobiłoby najmniejszego wrażenia. – Przecież on ciągle sobie robi jaja. Nawet jeśli coś nam powie, to nie będzie mu można zaufać na sto procent, bo… Sama wiesz – jęknął żałośnie, kiwając głową na boki. To nie tak, że zaczynał się poddawac, ale beznadzieja sytuacji właśnie wymierzyła mu siarczysty policzek i wcale nie był przekonany, czy mogli się odwinąć.
- Przestań – syknął w dość niespodziewanie surowy sposób, i to już patrząc jej w oczy. Miała pełne prawo mu to podpowiedzieć, biorąc pod uwagę tę chwilę zwątpienia, a oprócz tego liczyć na to, że każdą jej decyzję przyjmie ze zrozumieniem i okrasi wsparciem, natomiast ewidentnie podrażniła jego ambicje. – Nie będziesz niczego załatwiać sama. Idę z Tobą – zapewnił tak stanowczo, że w innych okolicznościach spokojnie mogłoby stanowić inspirację do kolejnej, mniej przyzwoitej treści irytkowej fraszki i wyciągnął rękę po jej dłoń. – Tylko już koniec dyskusji, dobra? Wiem, co robię. Nie musisz się tym za mnie przejmować – dla odmiany spuścił trochę z tonu, kreśląc po jej skórze wzorki samym czubkiem kciuka i nawet czule się do niej uśmiechnął, mimo że nastawienie miał bardzo podobne do tego, nie przymierzając, z jakim wychodził na boisko. Skoro coś było ważne dla niej, było ważne również dla niego.
- Halvor? – zagadnął. Od kilku minut wspinali się po schodach, po drodze uważnie oglądając mijane obrazy; tak jakoś wyszło, że tym razem nikt nie próbował im płatać figli i spokojnie mogli pokonywać kolejne stopnie, nie zastanawiając się za bardzo nad tym, gdzie dotrą. Widocznie gnuśna atmosfera panowała również i w samym zamku. – Myślisz, że… – zająknął się, zatrzymując się na moment w miejscu. – Myślisz, że zrobiliśmy wtedy za mało? Że… Że powinniśmy komuś powiedzieć? – Sam nie wiedział, co chciał od niej usłyszeć, ale w tym momencie to tylko jej słowa miały dla niego znaczenie, więc ta opinia była ważna. Może mogli temu wszystkiemu zapobiec… wcześniej?

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Ciche burknięcie układające się w typowe dla Halvor aha wyrwało się z jej gardła zupełnie nieplanowanie i bez absolutnie żadnej kontroli nad ogólnym wydźwiękiem tej reakcji. Może nie powinna była się dąsać i tworzyć w swojej głowie scenariuszów, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, ale nieustannie powtarzana przez rówieśników formułka o tym, jak bardzo Narson podobała się wszystkim powoli stawała się szkolnym mottem i myślą przewodnią każdego spotkania w grupie. Hartley dotychczas nie przywiązywała do tego dużej wagi, czasami wręcz czuła się znużona lub oburzona insynuacjami na temat przyjaciółki, ale ponieważ dziś ta kwestia nie dotyczyła kolegi z domu Roweny Ravenclaw czy jakiegokolwiek innego znajomego ze szkolnych korytarzy, a właśnie Skowronka, na którego znów (pewnie niesłusznie, ale nikt nie powiedział, że w tym związku będzie tylko łatwo i przyjemnie) zerknęła spode łba, to nie umiała powstrzymać emocji dużo mniej przyjacielskich; takich jak chociażby zazdrość, która do tej pory była jej obca, a która obecnie grała główne skrzypce i sprawiała, że blondynka myślała trochę mniej racjonalnie, niż faktycznie powinna.
I co cię tak bawi? – mruknęła, marszcząc nos. Znajomość Jima jako zaufanego powiernika i najlepszego przyjaciela wystarczyła, by dostrzegła, jak bardzo go obecna postawa Halvor bawiła i nie potrzebowała być do tego być jego oficjalną dziewczyną. W normalnych okolicznościach pewnie nawet szturchnęłaby go w ramię albo sprzedała mu kuksańca w bok, ale dzisiejszego dnia nic normalne nie było, a ona okazała swoją zazdrość wystarczająco dosadnie, wolała nie przeciągać struny. To przecież wcale nie tak, że chciała się z nim kłócić, nawet jeżeli sam proces godzenia się miałby odbyć się w jakimś ciemnym kącie i bazować na kolejnych wymienianych pocałunkach. Ta perspektywa była kusząca, ale mogli ją zrealizować bez konfliktu po drodze.
Więc teraz to Noel podoba się wszystkim? – zasugerowała, kładąc wyraźny nacisk na to ostatnie słowo. Uniesiona wymownie brew miała być podkreśleniem zaciekawienia związanego z nie tyle tym tematem samym w sobie, co po prostu reakcją chłopaka; była prawie pewna, że odwrotna sytuacja wiązałaby się z takim samym dyskomfortem dla niego, jak rozmowy o tym, jak atrakcyjna w oczach wszystkich dookoła była Narson, dla Halvor. – Lub może to wcale nie Noel jest jej obiektem westchnień? Może chciała przypodobać się Mike'owi, a on to wykorzystał? Wiemy, do czego jest zdolny. – Bardzo, ale to bardzo chciała wzruszyć ramionami i pokazać, że to w ogóle nie robiło na niej wrażenia, ale całokształt i okoliczności wszystkich tych powiązanych ze sobą wydarzeń były zbyt przykre, by potrafiła zachować takie pozory. Przejmowała się Narson, zachowaniem Puchona, obecnie nawet stanem jego zdrowia i konsekwencjami dla osoby, która pomogła spaść mu z piętra. To było za dużo nawet jak na mugolskie standardy przyjęte w tych wszystkich filmach i serialach o nastolatkach, gdzie życie w szkole średniej rządziło się prawami dżungli.
Była tam wtedy? – Na myśli miała oczywiście letnią imprezę pod koniec obozu oraz listę zaproszonych do babcinego namiotu Jess gości. Wstyd było się przyznać, ale Halvor nie umiała sobie przypomnieć, czy Remi faktycznie się wśród nich znalazła. – Może w ten sposób chciała zwrócić na siebie uwagę? – Nie było przecież tajemnicą, że w szkole istniało naprawdę sporo grupek, a Remi nigdy nie sprawiała wrażenia zainteresowanej należeniem do którejkolwiek z nich. Z drugiej jednak strony może to właśnie brak uwagi ze strony rówieśników popchnął ją w kierunku, który dziś stał się tematem debaty dla całej szkolnej społeczności?
Było zdecydowanie zbyt dużo pytań, które pozostawały bez odpowiedzi, a Jimmy wcale nie poprawiał sytuacji, zadając kolejne. Halvor westchnęła.
Może Mike zaczepiał Narson również w szkole i Irytek to widział, a ona nikomu o tym nie powiedziała? I wszystko wyszło na jaw podczas imprezy? Zresztą... ta zjawa to błazen. Nie możemy dosłownie traktować wszystkiego, co gada – odparła, krzywiąc się w dezaprobacie. Chociaż rymowanka ducha mogła okazać się jakąś wskazówką, a rozmowa z nim nic nie kosztowała, to jednak Hartley wolała z dystansem podejść zarówno do jego wskazówek, jak i posiadanych przez niego informacji. – No właśnie – przytaknęła krótko, uśmiechając się pod nosem. To był miły akcent dzisiejszego dnia; fakt, że zgadzali się nawet w tego typu drobnostkach i to zaledwie chwilę po tym, jak poważna była atmosfera, gdy Halvor pojawiła się na dziedzińcu i zajęła miejsce na ławeczce - niby obok Jamesa, ale jednak w pewnej odległości.
Zaskoczył ją za to swoją stanowczością, której niby się nie spodziewała, a która sprawiła, że miły dreszcz przemknął wzdłuż całej długości jej kręgosłupa. Dobrze było wiedzieć, że nie została z tym wszystkim sama, ale z tyłu jej głowy wciąż błąkała się obawa o to, co mogło się wydarzyć, gdyby wpadli w kłopoty. Nie chciała go narażać. Nie chciała narażać nawet siebie, ale nie mogła tej sprawy tak po prostu zostawić.
W porządku, mój rycerzu – mruknęła żartobliwie, ale nie w złośliwy sposób, którego zadaniem miało być danie chłopakowi do zrozumienia, że się popisywał. Wręcz przeciwnie - ona naprawdę poczuła się jak królewna z rycerzem u boku, toteż odwzajemnienie uścisku jego dłoni i mocne splecenie swoich palców z tymi jego przyszło jej naturalnie i bez większego skrępowania. Do tego i wielu innych czułych gestów mogłaby się przyzwyczaić.
Tak? – mruknęła, wzrok jednak skupiając na mijanych obrazach, pośród której szukała potencjalnej pierwszej ofiary ich prywatnego śledztwa. Kiedy jednak Jimmy się zatrzymał, zrobiła to również ona; stopień czy dwa niżej, więc teraz wydawała się jeszcze bardziej od niego niższa. – Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą, wspierając się o ścianę. Najwidoczniej przerwa podczas tego spaceru miała być nieco dłuższa, niż się spodziewała. – Z jednej strony wszyscy mielibyśmy wtedy kłopoty, z drugiej nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby to zgłosić, z trzeciej sądziłam, że Mike wystarczająco mocno oberwał i się przestraszył, więc niczego więcej nie spróbuje – mruknęła, niezbyt chętnie wymieniając wszystkie te możliwości. Żadna z nich nie brzmiała pewnie tak, jak odpowiedź, której Skowronek mógłby oczekiwać, ale przecież teraz zostało im już tylko gdybanie.
Ostatecznie uważam, że Mike i tak czuł się bezkarny. Nawet gdyby uwagę zwrócił mu ktoś z nauczycieli, nawet gdyby ktoś go na czymś przyłapał, to przecież jego ojciec i tak by go z tego wyciągnął. – Marne było to pocieszenie w kontekście szukania sprawiedliwości dla zapłakanej, skulonej w kącie Narson, ale pozycja rodziny Puchona w świecie magii nie pozwalała na chociaż naiwną wiarę w poczucie sprawiedliwości.
To nie nasza wina, Jimmy – zapewniła miękko, pociągając go za rękę i tym samym sygnalizując, że powinien się do niej zbliżyć.

jimmy brunetto
35 lat
188 cm
sierżant biura szeryfa
jimmy brunetto
Awatar użytkownika
opis
skompromitowany gliniarz na dorobku, od kilku miesięcy odbudowujący swoją karierę i reputację w Sapphire Creek

- Jesteś zazdrosna, Hartley. – Lakoniczne wyjaśnienie brzmiało dokładnie tak, jak zarzut stawiany jej z przekąsem, ilekroć któryś z jej obiektów westchnień dawał się osaczyć jakiejś innej, młodej czarownicy, ale tym razem James był zdecydowanie bardziej dumny i zdawał się wręcz urosnąć w oczach. Póki co bowiem terytorialna zazdrość Halvor była absolutną nowością w jego życiu i podobała mu się wcale nie mniej niż poczucie bycia potrzebnym, czy sprawiania wrażenia bezpieczeństwa, także rozumiał ją jako przede wszystkim pozytywny element związku. – Jesteś zazdrosna o mnie – dodał za ciosem, a triumfalny uśmiech wcale nie schodził mu z twarzy, mimo że okoliczności były gnuśne, a perspektywy na spędzenie popołudnia niesprzyjające budowaniu pozytywnych wspomnień. I zgoda – prowokował; może nawet zbyt mocno sprawdzał jej wytrzymałość, ale na koniec dnia – pomijając całą masę niedopowiedzeń, którą można by zawrzeć w smarkatym pytaniu „czy będziesz moją dziewczyną/moim chłopakiem” – to przecież tak bardzo nie różniło się od ich codziennych rozmów z poprzedniego semestru, gdy Jim wręcz dążył do tego, żeby w końcu pękła i go szturchnęła. To dlatego – przynajmniej jemu – to wszystko wydawało się takie trudne, bo ich przyjaźń zawsze była nieco bardziej wyrazista i równie dobrze mógłby ją traktować jak siostrę.
- A nie? – Chciał być sprytny, stąd też taka nonszalancja i luz, ale to przecież jasne, że wcale nie było mu z tym fajnie. Nie bez powodu zresztą zostawił ich w tym korytarzu samych: to znaczy przede wszystkim, bo czuł się niepotrzebny, ale i przeszkadzało mu to, że Noel na Halvor po prostu patrzył i wolał nie sprowokować niepotrzebnej sprzeczki. Zwłaszcza, że tak najbardziej „po męsku”, tak mówią chłopcy z Millwall, jest „mieć wyjebane” i się nie przejmować, bo być zazdrosnym to być słabym i obawiać się konkurencji. I co, Noela miałby się bać? Phi. Dobre sobie. – No i co? Jest tak zdesperowana, że zgodziła się pomóc mu w zalicze…–– No wiesz, o co mi chodzi. Skoro jej na nim zależy, to chyba wolałaby, żeby nie miał do czynienia z Narson, nie? Czy czegoś nie rozumiem? – W przeciwieństwie do Halvor, Jim rozumiał wszystko bardzo prosto, więc nie dość, że w ten sposób mówił (czym zresztą bardzo się zestresował i zawstydził), to jeszcze myślał. Nie szukał więc zbyt skomplikowanych rozwiązań, nie myślał o jakichś dziwacznych sposobach na związki w stylu mugolskich programów rozrywkowych i czasami nawet ciężko było mu przyjąć do wiadomości inne spojrzenie niż to swoje: wyniesione z Wyższej Szkoły Chłopskiego Rozumu.
Kiedyś z tego wyrośnie. Uczłowieczy się.
- A była? – Zapytał niemal z automatu. Nie do końca dobrze świadczyło to o nim, jako o organizatorze, natomiast konspiracja miała między innymi to do siebie, że nie można było prowadzić żadnych rejestrów czy list, a wszystkie wiadomości musiały zostać w głowie. Zresztą – nawet gdyby istniał jakiś wykaz gości, to przecież istotą tych imprez było to, żeby każda zaproszona osoba przyprowadziła ze sobą towarzystwo. Przecież Halvor też miała przyjść z Narson i Coreen. – W to jestem w stanie uwierzyć. Ona zawsze chciała zwrócić na siebie uwagę – oznajmił krótko, przygryzając wargę. Historii była masa – co prawda opowiadanych raczej w stricte wyselekcjonowanych grupkach znajomych i często prześmiewczo, ale wszystkie niosły podobny morał: że gdziekolwiek Remi się pojawiała, zawsze starała się skupić na sobie uwagę, marudziła i na dodatek grała tą okropnie przewidywalną kartą „nie jestem jak inne dziewczyny”.
- A ona nie jest zawsze z wami? – Uniósł brew do góry. – W sensie… Przecież nie szwenda się po zamku sama, nie? Ktoś by to widział – bardzo niebezpiecznie zbliżali się do całkowitej gdybologii na ten temat, ale zwłaszcza Jim nie miał specjalnie pojęcia o zwyczajach Narson i mógł bazować wyłącznie na wiedzy Halvor. Co innego z Mike’m. Z nim miał większy kontakt. – Zresztą, on nie jest taki odważny. To ciamajda. Jakby…aronołJak o tym myślę, to w ogóle nie wyobrażam go sobie z dziewczyną. Dostałby drgawek czy coś – prychnął kpiąco, rozkładając ramiona na boki. To było nieco okrutne względem chłopaka, ale być może dobrze kreśliło genezę całej sytuacji: mógł być tym mniej lubianym Puchonem i problemy z odnalezieniem się w grupie, a ponieważ jego nieustanne próby wkręcenia się to towarzyskiego kółeczka spalały na panewce, to frustrację w końcu trudno było opanować i ucierpiała na tym akurat Narson. Ciężka sprawa. Za trudna dla siedemnastolatka.
Chociaż słowa Halvor zabrzmiały dość… złośliwie, mimo wszystko, to Jim bardzo się ucieszył ze swojego nowego tytułu i nawet przez moment nie przyszło mu do głowy się obrazić, że wykpiwała jego chęć pomocy. Wszystko rozbijało się bowiem o słowo „mój”, a nie „rycerzu”; pod to drugie mogłaby podstawić cokolwiek, a i tak wypadłoby mu z głowy za dwa czy trzy kroki. Co innego mój – to był duży zastrzyk dopaminy dla wiecznie zakompleksionej samooceny Skowronka i na tym etapie mógłby w nieskończoność słuchać o tym, jak bardzo był jej.
Jej kolejne słowa nieco go uspokoiły. Wszystko to, co powiedziała na głos, zdążył już przemyśleć sam i na własną rękę. Co prawda Halvor mówiła o tym zdecydowanie zgrabniej niż potrafiłby to zrobić sam, a w jej ustach to wszystko brzmiało jakby bardziej wyrozumiale, natomiast wnioski mniej więcej się pokrywały. Rzecz w tym jednak, że musiał to od kogoś usłyszeć, żeby spojrzeć na siebie mniej surowo: sam przed sobą autorytet miał zerowy, natomiast kiedy to ulubiona Krukonka je podniosła, argumenty nabrały powagi i estymy, a Jim mógł odetchnąć nieco spokojniej. Zwłaszcza, kiedy kropkę postawiła szczerym zapewnieniem, że odpowiedzialność za ten ciąg zdarzeń jednak nie leżał po ich stronie. Był jej wdzięczny.
- Naprawdę tak myślisz? – mruknął cicho, gdy pociągnięty za rękę niemal wpadł jej w ramiona. Uścisk, w którym ją zamknął był ciasny i silny, natomiast odległość, która ich dzieliła, zrobiła się naprawdę niewielka. Za chwilę miało jej nie być w ogóle: James nachylił się do Halvor i już rozchylał wargi, żeby ją pocałować, kiedy za ich plecami rozniósł się echem złośliwy śmiech Irytka. – Cholerny duch – warknął Skowronek, odklejając się od jasnowłosej czarownicy i rozejrzał się za zjawą. Duch zdawał się ich prowokować: pokazywał język i grał palcami na nosie, pokrzykując pod nosem „gorzko, gorzko”, gdy akurat nie rechotał. Siedział na balustradzie, najwyżej piętro nad nimi i w tylko niewielkim stopniu przypominał zjawę, która układała o uczniach swoje nieśmieszne wierszyki. – Teraz mu skopię dupę, przysięgam – rzucił do siebie, długimi susami wspinając się po schodach. Tym razem go złapie. Na pewno!

Halvor Faraday
31 lat
168 cm
właścicielka sklepu z antykami
Halvor Faraday
Awatar użytkownika
opis
kocia mama, sprzedaje antyki, dokarmia wszystkich dookoła i zaopatrza mieszkańców w ręcznie robione szaliki oraz czapki

Ze zmrużonymi powiekami, wydętymi ustami, ze wzrokiem przepełnionym dezaprobatą, Halvor wpatrywała się w Jamesa niczym nadąsane dziecko w rodzica, który właśnie odmówił mu dorzucenia do koszyka z zakupami czegoś słodkiego. Wystosowany przez chłopaka zarzut może i był słuszny i miał swoje bardzo mocne podstawy, ale to wcale nie oznaczało, że Skowronek miał kłuć nim blondynkę w oczy.
To nie zazdrość – zaprotestowała wbrew swoim przemyśleniom i faktycznym uczuciom. Bo nawet jeżeli miał rację, a jej ani trochę nie podobało się to, z jaką ekscytacją jego koledzy (i wszyscy inni chłopcy w szkole) rozmawiali o urodzie i wszelakich innych zaletach lub zdolnościach Narson w jego towarzystwie, to przyznanie się do tego okazało się zadaniem trudniejszym, niż byłaby w stanie sobie wyobrazić. Jednocześnie jednak miała wrażenie, że im bardziej próbowałaby postawić na swoim, tym mniej autentycznie by to wyglądało. Zwłaszcza w rozmowie prowadzonej z kimś, kto znał ją tak dobrze jak Skowronek. – Ale skoro wszyscy ciągle się nią zachwycają, to równie dobrze może ci się udzielić. – Niewiele miało to wspólnego z zaufaniem i pewnie niezbyt dobrze wróżyło na przyszłość, skoro w oficjalnym związku byli zaledwie od poprzedniego wieczoru (warto podkreślić jednak, że czające się w dziewczęcym sercu uczucia pielęgnowane były od dawna, ale wtedy okazywanie niezadowolenia zwyczajnie jej nie przystało), a na domiar złego nie stawiało jej to w dobrym świetle w kontekście porannych wydarzeń z Mike'm i Narson w roli głównej oraz przyjaźni z Krukonką, ale ponieważ w przeciągu zaledwie kilku godzin wydarzyło się naprawdę wiele, Halvor czuła się trochę usprawiedliwiona. – Uważasz, że jestem okropna? – mruknęła po krótkiej pauzie, nieco zawstydzona swoim postępowaniem i reakcjami. Nie chciała, by odebrał je jako coś coś złego lub coś, co w jego oczach mogłoby ją przekreślić, bo dopiero uczyła się radzenia sobie z emocjami związanymi z tym, że miała chłopaka, że kręciły się wokół niego inne dziewczyny i że w ich szkole prawie ktoś zginął, zrzucony z piętra na twardą, kamienną posadzkę.
Nie wiem. Raczej nigdy nie byłam w podobnej sytuacji – skwitowała markotnie, odgarniając za ucho niesforny kosmyk włosów. Był to gest nerwowy, do którego Jimmy z pewnością się przyzwyczaił, bo Halvor prezentowała go, ilekroć tylko miała z czymś problem, kiedy nie umiała się skupić lub kiedy działo się zbyt wiele, by umiała sobie z tym tak po prostu, w pojedynkę poradzić. – Może pomyślała, że kiedy Mike zdobędzie Narson, to straci nią zainteresowanie, zacznie szukać sobie nowego obiektu do dręczenia, to znaczy do adorowania i w końcu padnie na nią? – Ta teoria z pewnością nie była dopracowana. Właściwie nie brzmiała sensownie w ogóle, ale Halvor - bazując na historiach z tych wszystkich mugolskich filmów, seriali oraz książek, które tak uwielbiała jej młodsza siostra - byłaby w stanie uwierzyć, że desperacja koleżanki z roku sięgała aż tak daleko. Najczęściej przecież we wszystkich tych opowieściach to właśnie ta niewidzialna, niedoceniona, wiecznie pomijana osoba okazywała się prowokatorem każdego zamieszania, toteż Hartley była niemal pewna, że powinni skupić się właśnie na Remi.
Powinniśmy z nią porozmawiać? Podpytać o Mike'a, o Noela? – dodała, unosząc brew. Ten pomysł nie podobał się jej ani trochę i to nie tyle z powodu zazdrości o Jamesa, ale raczej dlatego, że od dzisiaj Remi jawiła się w jej oczach jako osoba nieobliczalna i nawet odrobinę niebezpieczna - jakkolwiek absurdalnie nie brzmiało to w kontekście ludzi, którzy mogliby być zwyczajnymi licealistami.
Dziś rano nie była. Ja też zresztą nie byłam z nimi – przypomniała mu, jednoznacznie dając do zrozumienia, kto był winowajcą takiego stanu rzeczy. Halvor zresztą wspomnieniami bardzo chętnie wróciła do poranka i momentu, w którym ona i James spotkali się niedaleko biblioteki. Nie było tam wtedy żywego ducha (dosłownie i w przenośni), co dawało nikłe poczucie prywatności, której wykorzystanie na kilka intensywniejszych pocałunków bardzo się jej podobało. – Coreen też nie było z nami, kiedy obściskiwała się z kapitanem Ślizgonów podczas halloweenowej kolacji w zeszłym roku – dodała, trochę zbyt późno gryząc się w język. Może nie powinna była dzielić się z nim tego typu szczegółami z życia swoich przyjaciółek, ale ponieważ nie padło żadne nazwisko (bo najzwyczajniej w świecie wypadło jej z głowy), czuła się trochę mniej winna. Zwłaszcza, że wszystkie te przykłady miały na celu uzmysłowić Skowronkowi, że - mimo łączącej ich przyjaźni - nie zawsze szwendały się po zamku w grupie. – Więc o co chodzi? Mike z Remi, Remi z Noelem, Noel z Narson, Narson z Mike'm? Ten czworokąt brzmi przerażająco – westchnęła, kręcąc głową, której wnętrze zaczęło już pulsować od bólu. To był strasznie długi poranek i jeszcze dłuższe popołudnie, a świeże powietrze w żaden sposób nie pomagało. To w zamku zresztą również nie, bo poza standardowymi cechami takimi jak wilgoć i ciężkość, dziś towarzyszyła mu dodatkowo cholernie przygnębiająca atmosfera.
Naprawdę. – Ciężko było powiedzieć to tak, by Jimmy czuł się przekonany i by ta sama pewność biła od Halvor, ale naprawdę chciała wierzyć, że zrobili, co mogli i że na niektóre sprawy oraz wydarzenia zwyczajnie nie mogli mieć wpływu, toteż obwinianie się o cokolwiek nie miało żadnego sensu. Zwłaszcza, że w oczach wielu osób wciąż byli tylko dzieciakami; bez żadnych możliwości, bez siły sprawczej, bez siły przebicia. – Jakoś sobie z tym poradzimy, prawda? – Nie była pewna, komu próbowała to wmówić bardziej, ale bliskość chłopaka i bijące od jego ciała ciepło wystarczyły, by poczuła się pewniej i po prostu bezpiecznie, dlatego z nieskrywaną ochotą zadarła głowę, tym samym dając mu dużo lepszy, wygodniejszy dostęp do własnych ust, które ostatecznie przygryzła w niezadowoleniu. Ciepły oddech Jamesa połaskotał wrażliwą skórę, dlatego jego odsunięcie się odczuła wyjątkowo dotkliwie.
Zostaw go, to tylko...Głupi duch. Nie zdążyła jednak dokończyć. Sapnęła ciężko, niekoniecznie szczęśliwa z powodu takiego obrotu spraw, dopiero po chwili ruszając w pogoń, którą i tak z góry skazywała na porażkę. Irytek ewidentnie sobie z nimi igrał, raz za razem przeskakując na kolejne poręcze, a ponieważ cały Hogwart słynął z dość nieszablonowego poczucia humoru, to również schody dodały coś od siebie, przesuwając się dokładnie w momencie, w którym ona i James byli już tak blisko zjawy.
Patrz. To stąd spadł – mruknęła, chcąc zwrócić na siebie uwagę chłopaka, gdy sama pochyliła się w przód, aby zerknąć na niższe piętro, gdzie przed zaledwie kilkoma godzinami leżało bezwładne ciało Puchona.
Musiało boleć – rzucił Irytek, który pojawił się znikąd i usadowił się na poręczy, bardzo blisko Halvor. Ta odskoczyła od krawędzi piętra, wykonując kilka kroków w tył.
W co ty pogrywasz, błaźnie? – odparła ponuro, mierząc ducha uważnym spojrzeniem.
Po co te brzydkie słowa? Nie chciałem przerywać, ja naprawdę, naprawdę wam kibicuję. Może chociaż wam się uda – zarechotał głupio, tym samym jednak sprawiając, że wzrok Halvor powędrował na Skowronka, jak gdyby w nadziei, że byłby w stanie poprowadzić ze zjawą bardziej sensowną dyskusję.

jimmy brunetto
ODPOWIEDZ