00 -
000 cm
konto specjalne
sapphire creek
Awatar użytkownika
opis
Meet me underneath that big Montana sky.
23 lata
170 cm
Studia i kariera na stacji benzynowej
Yvaine Rose
Awatar użytkownika
opis
Przyjechała do Sapphire Creek, by wspomóc matkę po zaginięciu Atlasa; młodszego brata.

001
Sapphire Creek pachniało tak, jak je zapamiętała. W powietrzu unosił się zapach nadchodzącego lata. Drzewa pokrywające się zielenią, łąki pełne kwiatów i świergot ptaków, towarzyszył rudowłosej dziewczynie niemalże na każdym kroku. Temperatury były wysokie, a wiatr przyjemnie ciepły, jakby witający lato. Nie mogła się doczekać wysypu wiśni na drzewkach i pokrywających się owocami, jabłonek. Lato wprowadzało ją w dobry nastrój i choć temperatury na ogół były szalenie wysokie, cieszyła się nimi, jak dziecko nową zabawką. Lato, wiosna, te pory roku sprzyjały zwiększonym aktywnościom, częstym spacerom, wyjściom o późnych porach i jeszcze późniejszych powrotach. Kąpielom w stawach i zabawom na zewnątrz, a co najważniejsze — czuła, że naprawdę żyje. Jesień i zima dość mocno dały jej się we znaki, a powrót do Sapphire Creek, nie był przepełniony radością.
Chłopiec zniknął kilka dni temu. Chłopiec? Nie, nie mogła nazwać swojego młodszego brata chłopcem. Miał osiemnaście lat, uczęszczał do pobliskiego liceum i uczył się nie najgorzej, zupełnie jak starsza siostra, lecz to on był tym... Butniejszym, bardziej roszczeniowym w swoich poczynaniach i zachowaniu. Był też powodem, dla którego żyła. Cieszyła się, że mogła nazywać się jego starszą siostrą, a teraz, zamiast radości, klatkę piersiową rozpruwał jej żal, którego siły nie potrafiły opisać zwyczajnymi słowami. Wróciła trzy dni temu i do tej pory, spędzała czas głównie w domu, towarzysząc matce w tej kryzysowej sytuacji i wspierając ją. Yvaine dusiła się jednak w czterech ścianach. Dom wspominała dobrze, zawsze był pełen ciepła, rodzinnej miłości, lecz teraz, z każdego kąta wyzierał się, jakby smutek, zupełnie jakby ściany domu doskonale wiedziały, co tak naprawdę się wydarzyło i co przeżywali domownicy. Niepewność była wyniszczająca. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę przydało się chłopakowi, a Yva...
Chyba wolałaby usłyszeć, że znaleziono jego ciało, niż nie mieć żadnych informacji dotyczących miejsca aktualnego pobytu brata. Tęskniła za nim, cholernie mocno. Wiedziała jednak, że nie powinna zamykać się w domu i nie wychodzić, w końcu miała tu przyjaciół, znajomych, osoby, z którymi chciałaby spędzić trochę czasu, by na nowo poczuć, że żyje.
Willow była naprawdę dobrą przyjaciółką Yvaine. Rudowłosa odnosiła wrażenie, że były sobie przeznaczone. Różniły się od siebie w ogromnym stopniu, lecz nie stanęło to na przeszkodzie przyjaźni. Prawdziwą przeszkodą okazywały się wyjazdy, bo choć Rose zawsze wracała, za każdym razem, wyjeżdżając, miała wyrzuty sumienia, że zostawiała Willow. Obiecała sobie, że teraz, gdy wróciła, zacznie spędzać w towarzystwie ciemnowłosej znacznie więcej czasu, na tyle dużo, by faktycznie móc się nią nacieszyć. Przez pierwsze dni nie miała na to ochoty, lecz gdy tylko poczuła się trochę lepiej, odezwała się do dziewczyny z propozycją spotkania. Obawiała się, że Willow nie będzie miała akurat tego dnia czasu, lecz na szczęście, były to tylko obawy, niemające pokrycia z rzeczywistością. Długo myślała, dokąd powinny się udać i pierwszą rzeczą, o której pomyślała, była oczywiście kawiarnia, a drugą... Miejsce, które dawniej, w dziecięcych latach wywoływało paraliżujący strach.
— Pamiętasz, jak byłyśmy młodsze? Will i Lucas opowiedzieli nam historię o tym starym psycholu mieszkającym w tym starym tunelu. Bałyśmy się wieczorami tędy przechodzić, a przecież Will mieszkał niemalże po drugiej stronie — Zaśmiała się, ściskając w palcach papierowy kubek z karmelową kawą.
Stanęła na torach, zsuwając z ramion czarny, skórzany plecak, który nabyła podczas ostatniej wizyty w Medicine. Poprawiła krótkie, ciemne spodenki, opinające pośladki i postawiła kawę na jednym z kamieni wystających z szyn. Podparła się pod boki, zatrzymując wzrok na ciemnym, starym tunelu i pokręciła głową. Spokój emanujący od tego miejsca był wręcz kojący, a zieleniąca się dookoła trawa, działała uspokajająco, podobnie jak świergot ptaków dochodzący ze znajdującego się nieopodal lasu.
— Ciekawe, czy to było tylko głupie gadanie, czy serio coś tam się kiedyś stało... Zastanowiła się na głos, przekręcając nieco głowę, by wytężyć wzrok.

Willow Hamsworth
22 lat
160 cm
Stażystka
Willow Hamsworth
Awatar użytkownika
opis
loading...


Nie lubiła tego miasta, ale bezwątpienia potrafiła docenić piękno nadchodzącego lata. Sapphire Creek pachniało tak jak zawsze o tej porze roku: suchym powietrzem, lasem, polami uprawnymi, a w bardziej skrajnych miejscach obornikiem.
Wiadomość o zniknięciu Altasa prędko dotarła również do Willow, która od przeszło kilku tygodni praktycznie nie wysuwała nosa z biura Hemsworth Company. Nie zamierzała identyfikować się z brzydkim mianem korposzczura, ale odkąd otrzymała awans; awans, jakiego nawet nie chciała, to notorycznie próbowała sprostać nowym obowiązkom - te w zatrważającym tempie nawarstwiały się każdego dnia. Niemniej przez tragedie rodziny Rose przez kilka ostatnich dni budziła się z migreną. Nie mogła skupić się na pracy w biurze.
Rozmawiali o tym wszyscy: pani z osiedlowego sklepu, dzieciaki na trzepakach albo te bardziej niesforne nastolatki z papierosami i puszkami piwa, stojąc za garażami albo w krzakach za przystankiem; sąsiedzi z Main Street i nawet paru pracowników z Hemsworth Company. Plotka goniła plotkę, rodziła wybujałe teorię spiskowe i szerzyła nieprawdę.
Willow już wtedy wiedziała, że powrót Yvaine był tylko kwestią czasu, dlatego niecierpliwie czekała na telefon. Pomimo że zawsze cieszyła się na spotkania z przyjaciółką, to z uwagi na sytuacje, tym razem odczuwała niepokój. Początkowo zastanawiała się nad doborem słów; nad gestami, które chciała zachować w kanonach rozsądku. Mimo tego nie wytrzymała napięcia i zaraz po zobaczeniu Yvaine wpadła w jej wątłe ramiona i w ten sposób - bezgłośnie - dała dziewczynie do zrozumienia, że była blisko; że w tym trudnym okresie mogła liczyć na wsparcie.
Wspólna kawa wzniosła pomiędzy przyjaciółki względną normalność; spacer po starych torach nostalgie.
Nie wierzę, że byłyśmy takie — machnęła kubkiem latte machiato, po czym skrzyżowała ramiona — naiwne! — dodała, odrobinę rozbawiona wspomnieniami z tamtego okresu. Will i Lucas wymyślały rozmaite historie, w które zwykły wierzyć bez zawahania.
Zatrzymała się nieopodal przyjaciółki, napiła się kawy i najpierw zwróciła uwagę na plecak Yvaine, a następnie przeniosła spojrzenie na tunel. Pomimo poprzedniego wyrazu niedowierzania, spoglądając w jego bezdenną, czarną głębie, poczuła pierzchliwość. Przy kolejnym łyku napoju, intuicyjnie spięła ramiona.
Bujna roślinność, która otaczała wejście była zaczarowana. Okoliczna zwierzyna współgrała z tym odległym miejscem i rozmaitymi odgłosami nadawała mu wyjątkowego klimatu. Nawet zapach był inny niż w centrum Sapphire Creek: świeższy.
Willow nabrała głębokiego wdechu, po czym wykonała kilka kroków naprzód.
Na pewno głupie gadanie — odparła, chociaż w jej głosie zabrakło przekonania. — Chodźmy! — zawołała. — Przekonajmy się czy nasz strach miał prawo bytu. — Ruszyła dalej, jednak ponownie zatrzymała się przed ostateczną granicą, oddzielającą jej stopę od ścian ciemnego i podejrzanego tunelu. Z wnętrza czuć było zapach wilgoci i ziemi; czuć było chłód.


Yvaine Rose
23 lata
170 cm
Studia i kariera na stacji benzynowej
Yvaine Rose
Awatar użytkownika
opis
Przyjechała do Sapphire Creek, by wspomóc matkę po zaginięciu Atlasa; młodszego brata.

W przeciwieństwie do Willow, nie mogła powiedzieć, że nie lubi tego miasta. Było niewielką mieściną, miejscem w którym diabeł mówi dobranoc, miejscem w którym wszyscy się znali i ostatnio, niebezpiecznym. Spędziła tu jednak najszczęśliwsze lata swojego życia i doświadczyła przykrych rzeczy, lecz to tutaj miała rodzinę i przyjaciół, swój własny kąt, miejsce i ludzi, do których mogła wracać niezależnie od tego, w jak okrutny sposób, życie da jej popalić. Tutaj był jej dom i niezależnie od tego, gdzie by mieszkała i jak wiele świata by zwiedziła, poznała mnóstwo pięknych miejsc to właśnie do tego małego miasteczka w stanie Montana, zawsze by wróciła. Nie można powiedzieć, że robiła to bardzo chętnie, lecz wiedziała, że ta niechęć do powrotu, została wywołana przez sytuację, w której znalazła się jej rodzina. Być może, gdyby wracała z powodu radosnych nowin, takich jak narodziny dziecka, urodziny, czy wesele, byłaby pozytywniej nastawiona do przyjazdu. Niestety, okoliczności były inne, lecz pogodziła się z faktem, że nie miała na to najmniejszego wpływu.
Miała natomiast wpływ na to, jak spędzi czas z przyjaciółką i chciała go wykorzystać w sposób pozytywny.
W przeciwieństwie do Willow, nie mogła powiedzieć, że nie lubi tego miasta. Było niewielką mieściną, miejscem w którym diabeł mówi dobranoc, miejscem w którym wszyscy się znali i ostatnio, niebezpiecznym. Spędziła tu jednak najszczęśliwsze lata swojego życia i doświadczyła przykrych rzeczy, lecz to tutaj miała rodzinę i przyjaciół, swój własny kąt, miejsce i ludzi, do których mogła wracać niezależnie od tego, w jak okrutny sposób, życie da jej popalić. Tutaj był jej dom i niezależnie od tego, gdzie by mieszkała i jak wiele świata by zwiedziła, poznała mnóstwo pięknych miejsc to właśnie do tego małego miasteczka w stanie Montana, zawsze by wróciła. Nie można powiedzieć, że robiła to bardzo chętnie, lecz wiedziała, że ta niechęć do powrotu, została wywołana przez sytuację, w której znalazła się jej rodzina. Być może, gdyby wracała z powodu radosnych nowin, takich jak narodziny dziecka, urodziny, czy wesele, byłaby pozytywniej nastawiona do przyjazdu. Niestety, okoliczności były inne, lecz pogodziła się z faktem, że nie miała na to najmniejszego wpływu.
Miała natomiast wpływ na to, jak spędzi czas z przyjaciółką i chciała go wykorzystać w jak najlepszy sposób. Kawa była pierwszym przystankiem do ,,normalności". Upajała się jej smakiem oraz zapachem, rozkoszując się nimi, niczym afrodyzjakiem. W Helenie wypiła wiele kaw, lecz żadna z nich nie była nawet w połowie tak wyjątkowa, niż ta wypita w towarzystwie Willow.
Yvaine zaśmiała sie na wspomnienie o torach, wskakując zwinnie na odstające, zardzewiałe szyny. Dawniej musiały błyszczeć zadziwiającym srebrem. Były to jednak stare dzieje, dzieje, których mie miała prawa pamiętać osobiście, lecz z zasłyszanych historii wręcz przeciwnie.
Idąc za przyjaciółką po szynach, starała się utrzymać równowagę, rozkładając ręce na boki, by nie spaść. Zaśmiała się i pokręciła głową. Słuszna uwaga, były naiwnymi nastolatkami, które z jednej strony szukały przygód, a z drugiej wolały się nie wychylać, gdy w grę wchodziły kłopoty — niekoniecznie dosłowne!
— Masakra, Willy. Teraz jestem pewna, że robili sobie żarty. Dobra, wiem, wtedy prawie sikałam, jak opowiadali o tym tunelu, ale kurde. Jesteśmy dorosłe, przecież co się może stać? — Rzuciła śmiało, posyłając przyjaciółce dodające otuchy spojrzenie. Była pewna, być może naiwnie pewna siebie, ale teraz, mając powyżej osiemnastu lat, czuła się niemalże niezniszczalna i wyjątkowo odważna.
— Dawaj, Will. Wchodzimy na trzy! — Zawołała.
Dotarła po szynach do ciemnego tunelu, stając przed nim na krótko i intensywnie wpatrując się w ciemnościach. Bicie serca przyspieszyło, a nielrzyjemne uczucie podeszło do żołądka. Jeśli miała pokonać swoje dawne strachy i opanować wewnętrzne demony, zamierzała przekroczyć bramę ciemnej otchłani. Zacisnęła palce, dociskając ich koniuszki do wewnętrznej części dłoni, po czym wyjęła telefon i włączyła latarke.
— Będzie bezpieczniej. — Uznała, przekraczając wejście do tunelu. Wewnątrz było ciemno i śmierdziało wilgocią, a bluszcz porastający betonowe ściany, wydawał się wręcz złowrogi…


Willow Hamsworth
17 lat
189 cm
Uczeń
Lorcan D'Arcy
Awatar użytkownika
opis
Bez ciemności nie ma światła.
Bez zła nie ma dobra.

007

Niektóre upadki były dotkliwsze od tych pozostałych, a Lorcan zdołał przekonać się o tym na własnej skórze. Niełatwo mu przyszło zostawienie całego swojego dotychczasowego życia — nawet jeśli to życie nie było nawet w połowie bliskie temu, o jakim marzył. Zniszczona rodzina, dom dziecka, przyjaciele, których tak naprawdę nie miał i przede wszystkim, utrata ziemi, którą mógł nazywać domem, bolała najbardziej. Nie poddał się na starcie, choć był bardzo blisko, bo choć obecni rodzice nie byli biologicznymi, to musiał nauczyć się z nimi żyć, a to nie było wcale proste. Lorcan był specyficzną osobą; z wieloma problemami mimo dość młodego wieku i charakterem, za który nienawidziło go wiele osób, ale był. Żył i starał się egzystować, walcząc o to, co choć trochę było dla niego ważne. Tak jak Ophelia. Była jedną z nielicznych osób, na których mu zależało, choć nie potrafił jej tego okazać. Toczył walkę z nią i z samym sobą, całkowicie popadając w ten obłęd nienawiści, którą do niej żywił.
Jane była miłą odskocznią od tego, z czym na co dzień musiał się mierzyć. Nazywał ją z rozbawieniem paryżanką, nawiązując bezpośrednio do pochodzenia dziewczyny. W szkole nie rozmawiali zbyt dużo, przelotne cześć było szczytem rozmów, które odbywali na szkolnym korytarzu. Wynikało to w głównej mierze z niechęci Viper do Jane, której nie potrafił w żaden sposób zrozumieć — gdzieś w tyle głowy tliło się jednak wrażenie, że ich relacja była tak samo skomplikowana, jak ta, którą dzielił z Ophelią. Z Jane widywali się po szkole, ale teraz, gdy dni były dłuższe, słońce piekielnie grzało, a wakacje powoli się kończyły, spędzali wspólnie więcej czasu. Czuł się przy niej dobrze i dość swobodnie, co wynikało z faktu, że była obca. Nie znała dokładnie Lorcana, nie wiedziała nic o jego przeszłości, ani o tym, jak okropny był kilka lat temu — niczego nie musiał udawać, ani udowadniać, przy rudowłosej dziewczyny zaczynał wszystko od nowa i miał czystą kartę, pomagało mu to w nawiązaniu relacji, która z góry nie była skazana na katastrofę.
Rutyną dla Lorcana stało się wspólne dokarmianie bezdomnych kotów, których w tej okolicy było naprawdę dużo. Na ich miejscu również szukałby miejsca, które zapewniały jakiekolwiek sznasę na przetrwanie. Stare tory, o któych krążyło kilka nieciekawych legend, były miejscem, mogłoby się wydawać, idealnie spokojnym. Dookoła rozciągał się las i łąki, w których czaiło się na pewno wiele stworzeń, na które futrzaki mogły zapolować. Był tu również tunel — ciemny, wilgotny i na pierwszy rzut oka nieprzyjemny, lecz dający osłonę przed zimnymi wiatrami i ulewnymi deszczami.
Bardzo lubił koty, te stworzenia, wprawiały go w dobry nastrój, wzbudzały również dziwne poczucie beznadziejności, gdy widział te wszystkie bezdomne stworzenia. Koty upadłe; wyrzucone przez właścicieli, pozbawione miłości i dachu nad głową. Zabawne i smutne zarazem było to, jak wiele mogło łączyć koty oraz ludzi.
Niedługo przed tym, jak znaleźli się nieopodal kociego raju, wstąpili do sklepu po karmę – oczywiście tej lepszej jakości. D'Arcy wychodził z założenia, że te stworzenia zasługiwały na coś więcej, niż najtańszą puszkę kitty, którą zapewne dostawały od litujących się spacerowiczów.
— Nie myślałaś może o jakiejś adopcji, albo przygarnięciu uliczniaka? — Zagaił, przykucając na starych torach.
On o tym myślał i raz był nawet bliski zgarnięciu takiego kociaka z ulicy. Zmienił jednak zdanie, gdy doszedł do wniosku, że ojciec miał uczulenie, a matka, może by się zgodziła, lecz cała opieka nad zwierzęciem spadłaby na Lorcana — a ten obawiał się, że nie jest na tyle odpowiedzialny, by zajmować się żywym stworzeniem. Ciężko było mu zająć się odpowiednio własnym samopoczuciem, nie do końca był pewien, że przygarniając kota z ulicy, wycofanego i bojaźliwego, byłby w stanie się nim zająć, a przede wszystkim, zadbać o koci komfort psychiczny, który był bardzo ważny.
Podpierając się na prawym kolanie, postawił puszkę na ziemi, otwierając ją dość mocnym szarpnięciem. Nie od razu zauważył czającego się między roślinami kota, który z zaciekawieniem przyglądał się dwójce przybyszy z bezpiecznego miejsca, przekręcając zabawnie pyszczek.
— Spróbujesz go zawołać? Do mnie nie chce przyjść — Gdzieś mu się kiedyś obiło o uszy, że zwierzęta wyczuwały ludzką aurę, lecz nie bardzo chciało mu się w to wierzyć.

Jane Despiau
17 lat
170 cm
Licealistka
Jane Despiau
Awatar użytkownika
opis
Najlepsza partia w mieście do wczesnego ożenku!





Zarezerwowana :)

Ich relacja była… nieszczera. W szkole praktycznie ze sobą nie rozmawiali, ignorując się jak powietrze (Lorcan), a potem wspólnie smsowali i umawiali się, tak jak dzisiaj, na karmienie kotów (też Lorcan). Było to dość dziwne, ale Jane nie miała nic przeciwko temu. Nie miała potrzeby kazać mu wybierać pomiędzy nią, a kumplami. Viper, nie oszukujmy się, miał więcej wrogów niż przyjaciół i to w większości ze swojej własnej winy, a ona wręcz przeciwnie – należała do jednych z popularniejszych osób, co nie było szczególnie dziwne; była atrakcyjna, miała kasę i utorowaną ścieżkę kariery, jeśli zechciałaby wykorzystać wyrobioną reputację matki, geniuszki z Francji. Nie sprawiała to, że czuła się w jakiś sposób lepsza. Wśród kilkunastu roześmianych twarzy, choć jej również się uśmiechała, wciąż bywała samotna… Zaakceptowała ich niepisaną gierkę. Było to na swój sposób zabawne.
Leciał kolejny miesiąc wakacji, a ich potajemne spotkania trwały. Były naturalne i miłe. Miało się wrażenie, że żadna strona niczego nie oczekuje od drugiej. Jane, choć z natury była bardzo ciekawa wszystkiego, nie zadawała za dużo pytań towarzyszowi, jak zwykle starając się szanować prywatność innych, często naiwnie licząc na odwzajemnienie. Miała dziś na sobie lawendową sukienkę, która sięgała połowy ud i ogromny kapelusz, który miał chronić jej jasną skórę przed słońcem i, jak to ona, promienny uśmiech, którym obdarowywała chłopaka, czy tego chciał, czy nie. Przy sobie miała również słomiany koszyk, w którym trzymała nie tylko butelkę wody dla kotów, ale też jedzenie w saszetkach i plastikowe opakowania po ciastkach, jakby była konieczność rozszerzyć teren obdarowywania. Oczywiście, nie zapomniała też o nich, dwunogach z bohaterską peleryną.
- Jeśli zgłodniejesz, mam przy sobie kanapeczki. Mam takie z salami, ale też takie z awokado – rzuciła, bo mimo szczupłej, dla niektórych za drobnej sylwetki, potrafiła zjeść imponujące ilości. Starała się czerpać z życia garściami, nawet, jeśli miało to oznaczać zjedzenie frytek o północy.
Tory były ich kolejnym punktem na ich niewidzialnej mapie. Z powodzeniem zorganizowali sobie stałą ścieżkę, na którą czekały na nich miałczące mordki, często pozdrawiające ich przez sterczące ogony. Jane czuła się przyjaciółką świata, a jeśli jej przyjaźń odwzajemniały te czworonogie, tajemnicze istoty, jej serce było szczególnie uradowane i szczęśliwe. Było to dość interesujące, że tak adorowała koty, a na mężusia wybrała sobie chłopaka, który z zachowania, przypominał bardziej psa.
- Chciałabym, ale wiem, że na jednym się nie skończy. Wezmę jednego, potem bliźniaki i wkrótce nie będę widziała podłogi w swoim własnym domu – zaśmiała się. – Może kiedyś uda mi się otworzyć swoje własne, luksusowe schronisko, gdzie koty nie będą miały wyjścia, tylko być szczęśliwe. Jeśli tak się zdarzy, mogę liczyć, że będziesz co jakiś czas wpadał mi pomagać? – zapytała z przeuroczym uśmiechem, próbując zupełnie zmiękczyć jego serce przed ewentualną odmową.
Dopiero, gdy Lorcan wspomniał o kocie, zauważyła go nieśmiało wyglądającego zza krzaków. Wyglądał na młodzika, który jeszcze ich nie znał. Och, jak mogła nie kochać te zgrabne, mądre pyszczki? Gdy ten pozbywał się zawartości z puszki, ona w drugiej miseczce nalała wodę.
- Chyba najlepiej będzie, jak się odsuniemy. Jest młody, więc może przyjdzie ze swoją rodzinką?
Oddaliła się na kilka kroków od miseczek, dając przestrzeń czworonogim przyjaciołom. Ten nieśmiało zaczął podchodzić w kierunku miseczek, a jego tropem podążała dwójka innych, o czarno-białym umaszczeniu.
- Ostatnio spotkałam jednego z naszych stałych bywalców. Burego ze śmiesznym wąsem, który nigdy nie chciał do nas podejść. A tego dnia, był głośny, bardzo chciał uwagi. Wzięłam go do weterynarza i okazało się, że najadł się trutki, którą ktoś celowo rozsypał - rzuciła obserwując, jak kociaki zajadały się świeżym mięskiem. - Mam go u siebie, żeby regularnie dawać mu leki, ale nie zostawię go. Boli mnie dusza, gdy to mówię, ale jak wyzdrowieje, wróci do otwartego świata.
Zdarzało jej się trzymać chorych delikwentów kilka dni, ale z reguły tego unikała. Nim nadchodziła pora wypuszczenia ich na wolność, zwykle się przywiązywała, a potem było jej po ludzku przykro. Jej pokój przez kilka kolejnych dni wydawał się być jeszcze zimniejszy i cichszy, nim wszystko wracało do normalności. Aż do następnego...
- W schronisku nie mają już miejsca. Podobno, wszystkie klatki mają obecnie zajęte. Z reguły, ludzie czekają na małe kotki, a większość z nich, choć równie mocno potrzebuje miłości i są niczym innym, jak słodkością, miała niestety pecha dorosnąć. Te koty - omiotła dłonią kocięta, które teraz z kolei bawiły się wodą. - ... mają tylko nas. Nie możemy ich zawieść, nigdy przenigdy- oznajmiła z pasją, z pełną świadomością odpowiedzialności, z którą wiązały się jej słowa. Już jakiś czas postanowiła, że skoro na swoje nieszczęście utkwiła w tej Montanie, będzie chodziła znaną im trasą nie tylko mroźną zimą, ale też deszczową jesienią i burzowym latem, żeby napełnić głodne brzuszki kotów.

Dzień spędzili spacerując i karmiąc po drodze koty, po czym wrócili do nieodzywania się do siebie w szkole.

[z/t]x2

Lorcan D'Arcy
31 lat
170 cm
profiler z problemami
stellaire sheppard
Awatar użytkownika
opis
i wanna let you know i'll never let this feeling go

011
Nieprzerwana walka z demonami przyszłości, które to zdawały się czyhać na nią za każdym rogiem, sprawiały, że Stellaire zupełnie zapominała o rzeczach, które kiedyś sprawiały jej przyjemność. Od kilku tygodni w jej głowie kłębiły się same negatywne myśli, na okrągło przypominając jej o traumatycznych wydarzeniach ze Seattle, sprawiając, że jej samopoczucie coraz bardziej się pogarszało, a ciągłe utrzymywanie niewidzialnej maski i udawanie szczęśliwej zaczynało robić się wybitnie trudne. Zaczynała rozumieć swoje błędy, próbowała zignorować swoją upartość i przekonanie o tym, że jest w stanie ze wszystkim poradzić sobie sama, ale wciąż było sporo rzeczy nad którymi musiała popracować ━ nad którymi c h c i a ł a popracować. Miała powoli dość tego, co działo się w jej głowie i tego, że koszmary dręczyły ją każdej nocy, budząc ją i powstrzymując od dalszego zaśnięcia.
Pragnęła odzyskać to co porzuciła, przywrócić na swoją twarz prawdziwy uśmiech, a nie ten, którym witała ludzi, łącząc go z przesadnie miłym głosem. Brakowało jej starej wersji siebie, tej przepełnionej radością Stelli, specjalnie denerwującej każdego kto stanął jej na drodze, uważając to za rozrywkę, pokazującej że faktycznie jej zależy. Była swoją zgubą, ale gdyby tylko się postarała i przyłożyła do rozwiązania swoich problemów, mogłaby być także i ratunkiem. I do dlatego zdecydowała się na powrót do fotografii, którą porzuciła zaraz po zerwaniu ━ chociaż odnosiła wrażenie, że odnowienie starego hobby mogło bardzo szybko przerodzić się w kolejną odskocznię, a nie w coś, co miało jej pomóc.
Nie miała już jednak nic więcej do stracenia.
Zapadał zmrok gdy z aparatem w dłoni przedzierała się przez gęste krzaki, krzywiąc się ze zniesmaczeniem gdy ostrzejsze kawałki gałęzi dotykały jej skóry. Niewiele ludzi zapuszczało się w te strony, toteż trudno było o wydeptane ścieżki ━ musiała więc radzić sobie na własną rękę, przecierając szlaki dla kolejnych osób na tyle mądrych, by wieczorem szwendać się po zapomnianych fragmentach okolicznych lasów. Jej wyprawa nie miała większego celu, a przynajmniej nie w kwestii miejsca, bo powód miała doskonały. Kierowała nią determinacja do odzyskania tego, co pozostawiła w tyle, zapominając o tym jak wielką przyjemność sprawiały jej wszystkie wypracowane przez lata hobby. Mogło być ciemno, nieprzyjemnie, ale poddawać się nie zamierzała.
I tak nie miała żadnych innych planów ━ jedynie kontynuowanie remontu, którego powoli zaczynała żałować, co w tym momencie wydawało się zupełnie nieatrakcyjne. Fotografowanie odległych zakątków lasu zdawało się być ciekawsze, mniej czasochłonne. I nie musiała przynajmniej myśleć o wczorajszej wizycie w Sun Trails, gdzie zmuszona była do użerania się z irytującym proboszczem. Przeklęty Marsh. Nie chciał zostawić tematu mordercy Sama i Elsy w spokoju i przez dobrą godzinę próbował przekonać Stellę, że popełnili ogromny błąd, a prawdziwy przestępca wciąż grasował w okolicy. Miała go dość, przyprawił ją o przeszywający ból głowy, ale przynajmniej udało jej się go nakłonić do zaprzestania wysyłania listów na komisariat praktycznie każdego dnia.
T r a g e d i a.
━━ Nareszcie ━━ Mruknęła pod nosem, rozglądając się po okolicy. Wolną dłoń oparła o biodro i ściągnęła brwi, starając dowiedzieć się dokąd tak naprawdę zawędrowała. Brązowe liście trzeszczały pod jej butami gdy zaczęła kierowała się na przód, docierając do zardzewiałych, porośniętych mchem i trawą torów. Wyglądały zupełnie tak, jakby przed laty ktoś je tutaj zbudował, ale nigdy nie wykorzystał ━ co pewnie było prawdą, bo nieważne jak bardzo próbowała sobie to przypomnieć, nie pamiętała żeby przez Sapphire Creek kiedykolwiek przejeżdżały pociągi. Istniała też szansa na to, że były to pozostałości po czasach kiedy działo się tutaj coś zupełnie innego, ale o wiele bardziej podobała jej się poprzednia wersja ━ kto wie, może autor tychże torów miał wielkie plany na poprowadzenie trasy przez miasteczko? Mogło się tutaj kryć wiele tajemnic i to ją przeraźliwie ciekawiło, nawet jeśli nie zamierzała ich odkrywać. Miała wystarczająco dużo na głowie.
Włączyła aparat i ustawiła się w dobrym miejscu, zainspirowana urokiem przypadkiem odkrytego miejsca, i przystawiła go do oczu gotowa do zrobienia zdjęcia. W oddali rozległ się szelest, chwilę później usłyszała dźwięk złamanej gałęzi, a gdy błysnął flesz aparatu, rozświetlając okolicę i ukazując ukryty za bluszczem tunel, zrozumiała, że nie była w tym miejscu sama. Odwróciła się więcej na pięcie, przymrużając oczy by wyłapać w oddali okrytą cieniem sylwetkę. Było na tyle ciemno, że nie do końca wiedziała na co patrzy ━ i dokładnie w tamtym momencie dotarło do niej, że słońce już zaszło, a ona stała w kompletnym mroku, co mogło łatwo przeszkodzić jej w odnalezieniu drogi powrotnej.
Klasyk.

jamie rosefield
35 lat
186 cm
zastępca szefa ochrony w białym lotosie
jamie rosefield
Awatar użytkownika
opis
dawny marines, aktualnie jeden z ludzi sinclaira, który przyjechał razem z nim do miasteczka. wbrew pozorom ma dość pokojową naturę i dopiero zaczepiony reaguje ostro.

Każda okazja do wybycia poza Biały Lotos wydawała się dla Jamiego dobra. Cóż… Prawie każda, ale przez większą część czasu przebywanie w klubie z napalonymi, często nietrzeźwymi klientami nie wprawiało go w dobry nastrój. Niektórym to odpowiadało - mogli się poszarpać czy po prostu dać znać o swojej wyższości i sile. Potencjalnie poczuć męski klimat. Dla Jamesa nie było to miejsce marzeń, ale robił to, co musiał, wiedząc, że klub miał wartość krytyczną dla zgrupowania, a sam i tak miał w rzeczywistości zupełnie inną funkcję. Znaczniejsza część czasu, którą spędził w gangu polegała na zleceniach i dbaniu o bezpieczeństwo grupy oraz terenu, na którym przyszło im działać. Niezależnie czy w przypadku jednakowych akcji, czy także tych, które zajmowały dłuższy okres czasu. A jako dawny Marines Rosefield sprawdzał się w tym idealnie. Znał słabe, jak i mocne strony, wiedząc, jak je wykorzystać, a podczas trwania każdej operacji nie przestawał analizować i reagował błyskawicznie. I mimo że mogło się to wydawać pewnego rodzaju profanowaniem dawnej profesji, doświadczenie zdobyte w siłach zbrojnych idealnie przygotowało go do pracy w grupie przestępczej. Był gotów do podejmowania trudnych decyzji i wykonywania zadań, których inni nie byliby w stanie zrealizować. A równocześnie w swoim charakterze był całkowicie odmienny, zupełnie jakby na pierwszy rzut oka tam nie pasował - wśród latynoskich twardzieli i zakapiorów, morderców i ćpunów. Ale przecież tak naprawdę okrucieństwo wypaliło na nim swoje piętno, znakując go już na zawsze. Taki po prostu był - bardziej cichy, polegający na wewnętrznych intuicjach, ale przecież też zabijał. Na froncie, a teraz także i w imieniu kartelu, gdy państwo oficjalnie nie chciało mieć z nim nic do czynienia. I może wydawało się to w jakimś sensie surrealistyczne, ale James robił to, w czym był dobry.
Tak jak i teraz.
Szczególnie że z wielką ochotą podejmował się wszelkich zadań mających odwrócić jego uwagę od faktu, że znajdował się w jednym miasteczku z Linneą. Pamiętał, że podczas ich służby w wojsku mówiła, gdzie się urodziła, ale miasteczek o tej nazwie mogło być setki, jeśli nie tysiące. Niespecjalnie przykuwał uwagę, gdzie jechali z resztą kartelu — wiedział, że po prostu robił to, co inni w momencie zarządzenia Ivana o relokacji. Nic więcej. Dlatego też możliwość przebywania poza Białym Lotosem i jeszcze zajmowania się tym, co lubił, było niejako zbawienne. Skłamałby jednak, mówiąc, że aktualnie robił tylko to, co zlecił mu Ivan. Długie, samotne wędrówki po względnie opuszczonych terenach były dla niego odpoczynkiem. Od zgiełku, od spraw gangu, od stanu napięcia i wyczekiwania. Od planowania tego, co będzie następne. I nawet jeżeli nie odłączał się całkowicie od tego konkretnego stanu myślenia, wyciszał je i czerpał z chwili. A tu i teraz ewidentnie było widać.
Były to nawyki wyniesione z długoletniego życia w armii — nie mógł przejść koło tunelu obojętnie. I nie z myślą o tym, aby go wykorzystać, ale po to, żeby wiedzieć, co tam było. Musiał wiedzieć lub po prostu jego wewnętrzne przekonania go ku temu ciągnęły. A on nie zamierzał się powstrzymywać. Szczególnie że nie chciał wracać, telefon nie dzwonił... Mógł nieco dłużej zostać na zewnątrz. Tak jak się spodziewał, walały się śmieci, butelki piwa pewnie miejscowych nastolatków, a pośrodku tunelu znajdowało się zablokowane wejście, do którego otwarcia potrzebował siły. Stare pomieszczenie kolejowe prezentowało się w oczach postronnych nieciekawie, ale dla kogoś takiego jak Jamie, było czymś zupełnie odmiennym. Było okazją. I wyglądało całkiem obiecująco...
Nie wiedział, ile tak naprawdę czasu tam spędził, orientując się w starym magazynie kolejowym, ale gdy w końcu wyszedł, z obu krańców tunelu zionęła ponura szarość, powiadamiając go o zapadającym już zmroku. Nie spodziewał się więc, czekającej go u wylotu gwałtownej jasności w postaci błyskającego dziko flesza. - Fuck! - Ostre słowo wydobyło się z jego gardła, gdy bolesne światło na chwilę wypaliło mu jakiekolwiek widzenie. Jamie zasłonił ręką twarz i cofnął się o krok, gdy nieprzyjemne uczucie spowodowało gwałtowną reakcję. Dopiero po chwili spostrzegł sylwetkę kobiety, ale nie był w stanie dobrze jej się przyjrzeć, wciąż czując palenie gałek ocznych. - Ja pierdolę. Mogłaś uprzedzić - rzucił nieco z wyrzutem, wciąż przecierając bolące oczy i chociaż powoli zapadała ciemność wraz z niknącym za horyzontem gór słońcem, ów fakt w żaden sposób nie pomagał.
stella sheppard
21 lat
181 cm
diluje, cyka fotki, a kiedyś był studentem
casper edelman
Awatar użytkownika
opis
long time ago there was a light

1

Była szesnasta trzydzieści z minutami, a słońce powoli zaczynało opadać za horyzont. W głowie mu szumiało. Wypełniał ją bezbarwny bełkot z poprzedniego wieczora, mieszający się z alkoholową toksyną, zbierającą swoje żniwa od rana, to jest od pierwszej po południu, bo wtedy wstał. Ktoś kiedyś powiedział, że mózg w ten sposób sika. Zaśmiał się, ale ilekroć żołądek podchodził mu do gardła, a w ustach pojawiał się gorzki posmak, przypominał sobie te słowa. Że jego mózg wydala właśnie toksyny, sikając. To było równocześnie zabawne i zatrważające.
Niewiele pamiętał z poprzedniego wieczoru. Obrazy w jego głowie zlewały się w szarobrunatną plamę. Nic co na nich się pojawiało, nie przybierało konkretnego kształtu. Jedyną poszlaką była skrzynka wysłanych na telefonie i kilkanaście wykonanych połączeń. Na jego korzyść - nieodebranych. Być może gdyby nie zapalił przed chwilą blanta, zachowałby jasność umysłu i zdolność rozszyfrowywania pewnych rzeczy, ale od dawna rzadko korzystał z jednego i drugiego. Czysty umysł i wyostrzone zmysły bolały. Ze zdwojoną siłą odbierały wspomnienia i nie radziły sobie z natłokiem myśli. Myśli, których nigdy nie przepracował. Nigdy nie dopuścił do końca i przede wszystkim nigdy, przenigdy do nich nie wracał, jeśli nie musiał.
Zerknął na zegarek. Spóźniała się. Nie miał jej tego za złe. W zasadzie, gdyby miała nieco więcej oleju w głowie, nie pojawiłaby się wcale. Wykasowała go ze swojego życia, wymazała niewidzialną gumką, a wpadając na niego na osiedlu przyczep, starannie omijała wzrokiem. Powinien przestać dla niej istnieć. Tak byłoby najlepiej. Ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, ta kilka lat młodsza dziewucha, była wszystkim tym, co pozwalało zachować mu resztki zdrowego rozsądku. A tych było niewiele.
Arizona była równie pokaleczona co on. Jeśli nie bardziej. On spierdolił swoje życie na własne życzenie, ona nie miała wyboru. On mógł mieszkać w dużej, rodzinnej posiadłości, jej pozostawała cuchnąca alkoholem i przypalonym tłuszczem przyczepa. Sam zdecydował się na przeprowadzkę tutaj. Do miejsca w którym nikt nie pytał, dlaczego późnym wieczorem i wczesnym rankiem, rozpaczliwe krzyki rozdzierają powietrze. Tutaj nikt nie zwracał na nikogo uwagi. Był po prostu kolejną jednostką z chujowym życiem, zasilającą szeregi Grizzly Terrace Park, a zapach trawki unoszący się w powietrzu, nikogo nie dziwił. Ludzie tutaj mieli kamienne twarze, jakby to miejsce samo w sobie wyssało z nich wszystkie emocje.
Słysząc chrzęszczące na żwirowanej ścieżce kroki, uniósł głowę. Jej twarz niczego nie zdradzała. Mimo to, w jej oczach odnalazł cień zagubienia. Nie wściekłości, nie smutku, ale zagubienia i czegoś jeszcze. Po raz kolejny ją zawiódł. Nie mógł mieć jej tego za złe. Chciałby żeby teraz na niego nakrzyczała, dała mu w twarz, podrapała, szarpała i gryzła. Ale to co teraz robiła, było znacznie gorsze. Uderzało tam, gdzie najbardziej się obawiał. W ten czuły punkt, który od lat próbował przed wszystkimi ukryć, udając, że już go nie ma. Że uległ dezintegracji i już nigdy nie wróci.
- Cześć Foster - rzucił, wytrzymując jej spojrzenie. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wysunął w jej stronę, po czym sam, wsadził jednego do ust. Tak było łatwiej nie myśleć. Skupić się na czymś innym i udawać, że wszystko gra. Jak zawsze. Opanował to do perfekcji.
- Em... Sorry za wczoraj. Niewiele pamiętam - z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Tak naprawdę, gdzieś w głębi doskonale wiedział o co mu chodziło. Tłumiony przez lata głos sumienia, po raz pierwszy od dawna przejął nad nim kontrolę. Ale prościej było wmawiać sobie, że nic nie pamięta. Że tak naprawdę to wszystko było idiotycznym wyskokiem po alkoholu i w rzeczywistości nic nie znaczyło.

arizona foster
00 lat
000 cm
licealistka - kelneruje w pizza ranch
arizona foster
Awatar użytkownika
opis
Too nice too hard to fight heart over mind
Should have known better cause you're dangerous,
a painful love

Kiedy dostajesz tą jedną wiadomość, która aż krzyczy od niepewności, wymownych słów, jest zaszyfrowana a ty masz zabawić się w detektywa - to wcale nie musisz długo szukać poszlak aby domyśleć się co autor miał na myśli. Słowa zlewały się w jedną całość, powodując gwałtowny ścisk w sercu. Taki bolesny, można porównać to uczucie do tysiąca wbijanych szpilek lub uderzenia w twarz. Tak się czuła stojąc o wczesnym poranku na ranczu Rushfordów trzymając w ręku telefon. z wyświetloną wiadomością od chłopaka. Miała wrażenie, że cały świat właśnie legł w gruzach - chciała trzymać się naiwnej nadziei, że to jakieś czyste nieporozumienie, ale intuicja podpowiadała jej, że niestety mogła być to grubsza sprawa. Próbowała sobie wytłumaczyć każdy możliwy scenariusz, dlaczego tak ją niepokoił z samego rana takimi wstrętnymi wiadomościami - gdyby nie właściciel rancza, prawdopodobnie ruszyłaby z buta i zrobiłabym wszystko by dostać się do miasta nawet jeśli dotarcie zajęłoby jej pewnie pół dnia - ojciec jej koleżanki powstrzymał ją od tego i spędziła z nimi cały dzień, poznając ich rodzinę trochę bliżej - nie było to dla niej łatwe, obserwować jak ta rodzina wzajemnie się wspiera, okazuje sobie uczucia na każdym kroku, rozwiązuje problemy gdy z kolei ona swoją własną najchętniej wsadziłaby za kraty. Z drugiej strony mogła przez ten czas poukładać sobie wszystko w głowie, wyciszyć się i wyładować złość, która narastała w niej tuż po tym jak tylko przeczytała wiadomość. Była rozdarta - akurat teraz musiał jej to robić, w momencie kiedy ona najbardziej go potrzebowała (chociaż słowem mu jeszcze nic nie pisnęła ale może teraz wreszcie się wygada) To nie tak, że mu nie udała - była na tyle wstydliwa, że nie była w stanie wydusić z siebie prośby o pomoc. Jako Fosterówna swój ognisty temperament o dziwo zawdzięczała po ojcu - to głównie przez niego bywała wybuchowa kiedy coś ją złościło - nie ukrywała się ze swoimi uczuciami. To przy Casperze nauczyła się nad tym panować, aby nie od razu wystawiać wszystkie karty na stół jak miała to w zwyczaju. Kochała go - nigdy wcześniej będąc w związkach przelotnych nie czuła tak szczerego uczucia jak właśnie do niego - nigdy wcześniej tak jej na nikim nie zależało jak właśnie na nim, chcoiaż ten związek nie należał do łatwych. Musiała mocno się nagimnastykować, żeby Casper do siebie ją dopuścił, a i tak długo miała wrażenie, że jeszcze wszystkiego jej nie mówił - to mimo tego akceptowała to wszystko co robił wokół - nie mając pojęcia jedynie, że rozprowadza narkotyki. Co by było, gdyby o tym wiedziała? Nie byłaby pewna czy byłaby wstanie przymknąć na to oko - dragi były czystym złem i nie chciała nieć z nimi nic do czynienia. Chciała być przy nim, wspierać go w trudnych chwilach - rozumiała jego cierpienie po stracie przyjaciela. Potrzebował jakiegoś potrząśnięcia, wyrwania się od tej smutnej przeszłości - może nie zapomni przyjaciela, ale musi przynieść sobie jakąkolwiek ulgę. Zawsze potrafili ze sobą rozmawiać - nie były to łatwe rozmowy - przesiadywali długie godziny, i każdy z nich mógł wyrzucić z siebie to wszystko co dusiło w sobie
Nie chciała tego tracić - nie wyobrażała sobie, że i on miałby dołączyć do listy osób znikających z jej życia.
W końcu dotarła na wyznaczone miejsce, zła, że znów musiała pojawić się w swojej dzielni. Chciała raz na zawsze wreszcie o niej zapomnieć, zacząć nowe życie. Nie chciała wracać do smutnego Grizzly, a tym bardziej nie zamierzała wracać do rodziców, jakkolwiek ciężko nie było na ulicy. To była jej świadona decyzja i miała do niej prawo tak jak jej starsze rodzeństwo. Nie bała się. Już nie - budowała w sobie ciężki mur, za którym chowała wystraszoną i spanikowaną dziewczynkę. Sobie każdego dnia udowadniawała, że miała w sobie dużo siły, żeby to wszystko przetrwać. Nawet tą zbliżającą się rozmowę. Czuła gulę w gardle, nie bardzo wiedząc, czego może się po Casperze spodziewać. Był inny - trudniejszy, nieprzystępny, ale ona równie uparta jak on.
-przed czym uciekasz, Casper? - zapytała cicho, spoglądając mu w oczy. Bez żadnego luźnego przywitania tak jak zawsze to robili. Przejęła od niego mały poczęstunek i niemal od razu się zaciągnęła, żeby poczuć dym w płucach, żeby było łatwiej. -Co się dzieje? - zapytała wyraźnie zmartwiona, podchodząc do niego bliżej. Położyła mu dłoń na ramieniu i powoli zaczęła je masować, żeby się nieco rozluźnił. Nie, nie przyszła tu robić afery. W jego oczach zobaczyła falę bólu, która nakazała jej schować dumę do kieszeni i teraz zająć się nim. -Potrzebuje cie, Casper...nawet...nie wiesz jak bardzo... - odnalazła jego dłoń i podniosła ją by sobie przyłożyć ją do ust i złożyła na niej muśnięcie. Kochała tego idiotę tak bardzo. że była w stanie znieść dosłownie wszystko - modliła się w duchu, żeby nie przyznał, że ta wiadomość była prawdziwa.
casper edelman
21 lat
181 cm
diluje, cyka fotki, a kiedyś był studentem
casper edelman
Awatar użytkownika
opis
long time ago there was a light

Jeśli czegoś w życiu był pewien to tego, że nie zasługiwał na Arizonę. Pojawiła się na jego drodze, zalewając ją bladą smugą światła, którego od dłuższego czasu brakowało w jego życiu. Jeszcze nim jego przyjaciel umarł, zaczęły po niego sięgać lepkie palce mroku. Być może dlatego, że od dawna czuł, że tylko w ciemności potrafi odnaleźć swoje miejsce. Z daleka od zakłamanego ojca i matki, z którą z roku na rok coraz mniej potrafił się dogadywać. Czasami zastanawiał się, czy wina nie leży właśnie po jego stronie. Czy to nie on jest wybrakowany, potłuczony i odpowiedzialny za całe zło w swoim życiu. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym częściej dochodził do wniosku, że to prawda. I choć przez długi czas sąsiedzi traktowali go jak chłopaka o złotym sercu, zaczynał poddawać w wątpliwość jego obecność.
Kiedy się pojawiła obok niego, coś w nim drgnęło, zupełnie jakby jej obecność była odpowiedzialna za włącznik tej ludzkiej, zapomnianej strony jego osobowości. Pachniała szamponem truskawkowym, wilgotnym sianem i niesionym wiatrem słońcem, którego znamiona nosiła w postaci galaktyki piegów rozsianych niczym gwiazdy po nosie i policzkach. Ciemne włosy miała w nieładzie, a pod oczami widniały jasne, fioletowe sińce. Lata zmartwień sprawiały, że nie sposób było ich ukryć przed światem. On zresztą dokładał kolejne cegiełki, które wcale nie polepszały jej stanu ani fizycznego, ani emocjonalnego.
Ilekroć chciał ją zostawić w spokoju i pozwolić żeby o nim zapomniała, ogarniała ją niemoc. Potrzebował jej. Łączyła ich sieć skomplikowanych wspomnień i tylko ona była odpowiedzialna za to, że jeszcze unosił się na powierzchni, nie opadając na dno. Była przy nim w najgorszych momentach. Umiała słuchać i rozmawiać, ale najczęściej milczała, bo wiedziała, że właśnie tego najbardziej mu było trzeba. On zaś miał wrażenie, że nigdy nie potrafił się jej za to odpowiednio odpłacić. Jeśli był, to zawsze tylko w połowie, jakby druga część, dryfowała gdzieś na pograniczu życia i zaświatów.
- Przed tym co zawsze, Foster. Przed starymi demonami - jego spojrzenie pociemniało, kiedy spomiędzy ust wypadło pełne rezygnacji westchnięcie. Nie patrzył na nią. Jego wzrok błądził gdzieś wśród wyschniętych traw i kamieni otaczających tory, unikając jej twarzy. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem, pozwalając żeby gryzący dym zainfekował płuca.
- Ja... Nie umiem tego wytłumaczyć - mruknął posępnie, przez ułamek sekundy jeszcze próbując się podjąć jakiejś próby wytłumaczenia. Nie potrafił ubrać w słowa swoich uczuć, ani wytłumaczyć jej swojego zachowania. Od dawna nie umiał zrozumieć, czemu właśnie tak jest. Drgnął, kiedy jej dłoń powędrowała do jego ramienia. Jej ciepło rozeszło się po barkach, sprawiając, że na krótką chwilę wbił w nią zagadkowe spojrzenie.
- Ja ciebie też - westchnął, nawet nie próbując ukrywać narastającego poddenerwowania. Ale jego problemy nie były najważniejsze. Towarzyszyły mu odkąd sięgał pamięcią. Przyzwyczaił się do tego bagażu, ale coś w jej twarzy przykuło jego uwagę. Była inna. Zdenerwowana, rozdrażniona, a to wszystko gromadziło się pod grubą płachtą rozpaczy.
- Może ty mi powiesz co się dzieje? Widzę, że coś jest nie tak - zaryzykował nawet nieśmiałą hipotezę, że to nie jest w stu procentach jego winą.

arizona foster
ODPOWIEDZ